- To realistyczne założenia. Sam prognozowałem, że
PKB w przyszłym roku wzrośnie o 3-4 proc. Rządowe 3,5 proc. idealnie mieści się w tej prognozie. I nie budzi zastrzeżeń - ocenił dla "Gazety" prof. Stanisław Gomułka, główny ekonomista Business Centre Club, były wiceminister finansów. Jego zdaniem wskaźnik inflacji średniorocznej na poziomie 2,3 proc. też jest dobrym założeniem. - Co do bezrobocia, to przy założonym przez rząd tempie wzrostu PKB nie oczekiwałbym wzrostu zatrudnienia. Żeby zatrudnienie zaczęło rosnąć, czyli żeby
bezrobocie spadło do 9,9 proc., wzrost PKB musiałby być wyższy - mówił prof. Gomułka. - Rząd zapowiada, że
budżet skonstruuje przy zastosowaniu tzw. reguły wydatkowej, która ma ograniczyć wzrost wydatków z kasy państwa [wzrosną maksymalnie o 1 pkt proc. ponad
inflację]. Mimo to deficyt sektora finansów publicznych ma być jednak w przyszłym roku ciągle bardzo wysoki. Ba, potrzeby pożyczkowe rządu mogą być nawet wyższe niż w tym roku, bo wpływy z prywatyzacji nie będą już tak duże. Oznaczałoby to kontynuację dość szybkiego wzrostu długu publicznego. Nie wykluczam, że w takiej sytuacji inicjatywy szybszego ograniczenia deficytu pojawią się w czasie prac parlamentarnych nad budżetem na 2011 r. - dodał.
Także zdaniem dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych "Lewiatan", założenia przyjęte przez rząd są realne. - Rząd nie starał się zbudować wpływów do budżetu na nierealnie wysokiej dynamice PKB i inflacji - oceniła ekspert. Jej zdaniem to, czy w przyszłym roku gospodarka rzeczywiście urośnie o 3,5 proc., zależy jednak w dużym stopniu od otoczenia zewnętrznego. - Trudno przewidzieć, jak z wysokimi deficytami finansów publicznych poradzą sobie inne kraje europejskie i jak programy oszczędnościowe wpłyną na popyt wewnętrzny w tych krajach. Jednak najważniejszy dla polskiej gospodarki będzie nasz popyt wewnętrzny - stwierdziła ekonomistka Lewiatana. Także ona ma nieco zastrzeżeń co do wskaźnika bezrobocia. - Rząd planuje spadek bezrobocia do 9,9 proc. z dzisiejszych 11,6 proc., co chyba będzie trudne do osiągnięcia. Gospodarka musiałaby rozwijać się w tempie wyższym niż 3,5 proc., aby wchłonąć ponad 300 tys. osób pozostających bez pracy - tłumaczyła. Jej zdaniem zamrożenie płac w budżetówce [wzrosną tylko pensje nauczycieli] nie musi przełożyć się na pogorszenie warunków wynagradzania. - Optymalizacja zatrudnienia może stworzyć możliwość wzrostu wynagrodzeń także w sferze budżetowej - wyjaśniła Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek.
Większych zastrzeżeń co do założeń budżetowych nie mają też Pracodawcy Rzeczypospolitej Polskiej. - Założony przez resort finansów przyszłoroczny wzrost PKB jest dość konserwatywny. I słusznie, bo lepiej nie doszacować wzrostu, a więc i wielkości wpływów podatkowych, niż nowelizować budżet i wprowadzać tym samym niepokój na rynki finansowe - podkreśla ekspert tej organizacji Piotr Rogowiecki. Pracodawcy RP zwracają przy tym uwagę na to, że prognozy Komisji Europejskiej i Międzynarodowego Funduszu Walutowego są mniej optymistyczne:
inflacja w Polsce ma oscylować w granicach 2,5-2,6 proc., a wzrost PKB wyniesie 3,3 proc. Nie mają zastrzeżeń co do braku wzrostu płac w budżetówce. - Biorąc pod uwagę wysoki poziom płac w ministerstwach i stopień zadłużenia skarbu państwa, to słuszne rozwiązanie - wyjaśnił Piotr Rogowiecki.