Mam na myśli rodziny, które nigdy nie będą mogły sobie pozwolić na zakup własnego
mieszkania. Mogą one co najwyżej nająć skromne lokum. Problem w tym, że takich mieszkań jest u nas jak na lekarstwo. Ucieszyła mnie więc zapowiedź likwidacji "Rodziny na swoim", bo liczę, że przynajmniej część z miliardów złotych, które
budżet musi wpompowywać w ten program, dostaną gminy na budowę czynszówek.
Ministerstwo Infrastruktury planuje zlikwidowanie programu dopiero od 2013 r. Słusznie, że nie od razu, bo po co wywoływać sztuczną panikę. Mieszkań nie powinno się kupować pod presją czasu. Można jednak tak zmieniać warunki uzyskania dopłaty, by w praktyce program przestał funkcjonować szybciej. Budżet wyda wtedy mniej na dopłaty, które - przypomnę - wynoszą połowę odsetek przez osiem lat spłaty kredytu.
Jak to zrobić? Wystarczy obniżać pułap cen mieszkań objętych dopłatą. Resort proponuje, aby dopuszczalna cena nie przekraczała o więcej niż 30 proc. - a nie 40 proc. jak obecnie - średnich kosztów budowy. Np. w
Warszawie pułap cen spadłby obecnie z 8013,9 do 7441,5 zł za m kw. W efekcie skurczyłaby się pula mieszkań, które można kupić za kredyt, w którego spłacie pomaga państwo. To dobry pomysł, ale zbyt mało radykalny. Dlaczego nie obniżać co pół roku pułapu cen o 10 pkt proc.? Paradoksalnie, może się okazać, że ci, którzy wstrzymają się z zakupem mieszkania, stracą budżetową dopłatę, ale per saldo zyskają więcej, bo spadną ceny, a wtedy zaciągną oni mniejszy kredyt.