Biznes Ludzie Pieniądze

Cała Moskwa stoi w korku. Można na tym zarobić

Wacław Radziwinowicz, Moskwa
18.07.2010 , aktualizacja: 18.07.2010 20:12
A A A Drukuj
W stojącej w korkach rosyjskiej stolicy z roku na rok żyć coraz trudniej. Ale z potwornych korków można żyć, i to całkiem dobrze.
Moskiewskie korki są niezależne od pory roku. Samochody stają w 30-stopniowym mrozie i 30-stopniowym upale
Moskiewskie korki są niezależne od pory roku. Samochody stają w 30-stopniowym mrozie i 30-stopniowym upale
Stolica Rosji to najbardziej ciasne z wielkich miast Europy. Na 1 tys. km kw. zmieścić się musi 12 mln mieszkańców i 4 mln samochodów. Musi, ale się nie mieści.

Do samego Putina

Moskwianie przywykli do tego, że ich miasto stoi, ale czegoś takiego nawet oni nigdy nie widzieli. Pod koniec czerwca szosa leningradzka, jedyny wyjazd w kierunku wielkiego międzynarodowego portu lotniczego Szeremietiewo i Sankt Petersburga, zamarła. Pokonanie 30-kilometrowego dystansu z miasta na lotnisko pochłaniało minimum sześć godzin. Na codziennie rejsy spóźniały się tysiące pasażerów. Spóźniały się także załogi samolotów.

Merostwo wyjaśniało, że nic nie można na to poradzić, bo wali się wiadukt nad torami kolejowymi na 24. kilometrze trasy, a tamtędy z szybkością 160 km na godz. mknie choćby superekspres "Sapsan" do Sankt Petersburga. Gdyby na tory spadł kawałek konstrukcji, doszłoby do katastrofy. Drogowcy zamknęli więc cztery z sześciu pasów ruchu na moście i rozpoczęli remont, ogłaszając, że potrwa on co najmniej do 1 października.

Otwieraniem leningradki musiał się zająć sam premier Władimir Putin. Na posiedzeniu prezydium rządu premier kazał swemu zastępcy Siergiejowi Iwanowowi niezwłocznie ustalić, co się dzieje, i za wszelką cenę odkorkować trasę. Iwanow, były minister obrony, znalazł wyjście - kazał drogowcom ograniczyć prace remontowe na moście tylko do jednego pasa ruchu w każdą stronę i zakazał ciężarówkom wjeżdżać na szosę leningradzką. Teraz na Szeremietiewo wprawdzie w żółwim tempie jechać można, ale remont mostu, pod którym pędzi "Sapsan", potrwa co najmniej do końca roku.

I jeszcze wyżej

Kiedy wicepremier Iwanow na polecenie samego Putina odkorkował leningradkę, mieszkańcy osiedla Żulebino musieli się zwrócić do instancji nieco wyższej.Tiry zwane w Rosji "furami" przepędzone z szosy na Szeremietiewo zaczęły do miasta wjeżdżać z MKAD-u (Moskiewska Kolcewaja Awto Doroga, czyli obwodnica) innymi drogami, a w tym i Wołgogradzkim Prospektem. I teraz to on stanął, a z Żulebina w kierunku centrum wydostać się można tylko po wołgogradzce transportem naziemnym. Metra tam nie ma, choć miało być już osiem lat temu.

1 lipca 2 tys. mieszkańców dzielnicy zebrało się w cerkwi Iwana Kronsztadzkiego, żeby się pomodlić o jak najszybsze otwarcie stacji metra. Niektórzy mieli wprawdzie wątpliwości, czy Iwan Kronsztadzki jest akurat świętym od metra, ale proboszcz ojciec Dmitrij wyjaśnił, że jeśli nawet nie, to jako patron dzielnicy powinien pomóc. Po modlitwie był jeszcze mityng, na którym mieszkańcy domagali się - już od władz ziemskich - przyspieszenia budowy kolejki podziemnej.

Te jednak nadziei im nie dadzą. Samą linię, jak wyjaśnił szef stołecznego metra Dmitrij Gajew, można by przedłużyć do Żulebina szybko. Jednak to sprawi, że na stacji Wychino, gdzie dziś kończy się najbardziej obciążona z tras moskiewskich - Tagansko-Krasnopresnienskaja, już nikt nie wsiądzie do pociągów zatłoczonych pasażerami z Żulebina. Krótka kołdra.

Na nową stację przeklinającym zakorkowaną ciężarówkami wołgogradkę mieszkańcom przyjdzie poczekać co najmniej do 2018 r., kiedy zgodnie z planami władz Moskwy ma się rozpocząć budowa nowej obwodowej linii metra wokół stolicy. Jednak nadzieje na to, że ta budowa się rozpocznie są nikłe. Moskwa nie ma pieniędzy na tak potężną inwestycję, prosi władze centralne o wsparcie, ale te uparcie odmawiają, tłumacząc się, że w kryzysie nie stać ich na dokładanie do rozbudowy metra.

Władca pierścieni

Z pułapki korków Moskwa wyjścia nie ma. Winna jest, jak twierdzą urbaniści, "feudalno-komunistyczna" wizja budowy miasta. - Stolica Rosji to pomnik centralizmu przez wieki kultywowanego w naszym kraju - twierdzi w rozmowie z "Gazetą" architekt Nikita Tokarczuk. - W środku zawsze był Kreml. A wokół niego, jak orbity planet wokół słońca, kolejne "kolca". Kiedyś były to kolejne mury obronne, teraz - obwodnice. W środku miasta mamy Kreml, gdzie znajduje się władza, a wokół niego kolejne kręgi - obwodnica bulwarowa, obwodnica sadowa, nowa trzecia obwodnica transportowa, powstająca - czwarta i MKAD wokół miasta. Nie ma szybkich tras przecinających Moskwę przez centrum. I przez to korki będą tylko coraz większe - ocenia architekt.

- Naszego mera Jurija Łużkowa w prasie często nazywają "władcą pierścieni", bo on fanatycznie trzyma się centralistycznej koncepcji budowy miasta. Dla niego wyjście z paraliżu komunikacyjnego, w którym pogrąża się metropolia, jest tylko jedno - budowa kolejnej obwodnicy. Przy tym za wielkie pieniądze - dodaje Tokarczuk.

W Rosji budowa dróg kosztuje bardzo drogo. Jak niedawno napisała "Niezawisimaja Gazieta", na kilometr nowej drogi w tym kraju wydaje się dziś średnio 17,6 mln dol., kiedy w państwach Unii Europejskiej kosztuje on 6,9 mln, a w USA - 5,9 mln dol. Przy tym ziemia w Rosji jest znacznie tańsza, robocizna - również. Znacznie więcej pochłania natomiast tak zwana renta biurokratyczna, czyli korupcja. Wydatki na łapówki, jak oceniają eksperci, to od 20 do 40 proc. kosztów całej inwestycji.

Rekordy cenowe bije budownictwo dróg w samej stolicy. Budowa 74-kilometrowej czwartej obwodnicy transportowej, jak napisali Władimir Miłow i Borys Niemcow w swym raporcie "Łużkow - wyniki", pochłonie 22 mld dol. Kilometr tego "pierścienia" będzie więc kosztować więcej niż kilometr tunelu pod kanałem La Manche czy supernowoczesnego Wielkiego Zderzacza Hadronów na granicy Szwajcarii i Francji.

Wyjście z tej sytuacji znalazł i podpowiedział moskwianom Borys Gromow, gubernator otaczającego stolicę obwodu moskiewskiego i były generał. On - niczym królowa Francji Maria Antonina, która dowiedziawszy się, że ludowi brakuje chleba, poradziła poddanym, aby jedli ciastka - namawia naród, aby kupował sobie helikoptery. Sam wyznał publicznie, że lata śmigłowcem, i korki mu niestraszne.

Taksi z kogutem

Do korków moskwianie muszą więc przywyknąć, a niektórzy nauczyli się na nich zarabiać. Właściciele przenośnych toalet przenoszą je na pobocza dróg, gdzie w zatorach stoi się najdłużej. Za wizytę w toi toi biorą tam po 50 rubli (około 5 zł) - dwa razy więcej niż przy stacjach metra. Jednak kierowcy unieruchomionych na godziny aut płacą, bo nie mają wyjścia.

Kokosy robi firma Yota sprzedająca bardzo popularny w Moskwie mobilny internet. Jak dowiedziała się "Gazeta" w służbie prasowej spółki, z jej usług coraz chętniej korzystają, jak nam powiedziano, "mieszkańcy korków", którzy zabijają czas w stojących autach, wchodząc na portale społecznościowe. Rzeczywiście w rosyjskim internecie jest mnóstwo nadawanych na żywo relacji ze stołecznych korków i opinii na temat sprawności organizacyjnej władz Moskwy.

Złoty interes zorganizowali właściciele firmy Taxi-Biznes. U nich można zamówić supertaksówkę na specjalnych numerach zarezerwowanych dla służb specjalnych i z kogutem. Takie auto, pędząc na sygnale z szybkością, jak obiecuje reklamówka na stronie internetowej spółki, 200 km na godzinę dostarczy klienta z centrum do każdego portu lotniczego Moskwy w 30 minut. Godzina pracy korkoodpornej taksówki kosztuje 5800 rubli (około 600 zł), doba - 58 tys.

Jak idzie nowy biznes, nie udało mi się ustalić. Kiedy zadzwoniłem do firmy, poradzili mi, żebym dokładnie przyjrzał się ich stronie w sieci. Kiedy zajrzałem ponownie, rzeczywiście zobaczyłem apel do dziennikarzy: - "Idźcie wszyscy do d..".

Podziel się

  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    28 głosów