Reforma w pierwotnym założeniu miała zupełnie zmienić zasady funkcjonowania największych banków w
USA. Jednak w czasie prac nad przepisami ich twórcy ulegali presji finansistów z Wall Street. W efekcie zmiany nie są tak restrykcyjne, a analitycy przewidują, że nie wystarczą one, żeby uratować rynki przed kolejną zapaścią.
Nowy ład na Wall Street zakłada, że największe banki inwestycyjne, takie jak JP Morgan czy Morgan Stanley, będą mogły inwestować jedynie do 3 proc. kapitałów własnych w ryzykowne fundusze hedgingowe i privat equity. Wstępnie zapowiadano całkowity zakaz obrotu tymi instrumentami. Poza tym, nie będzie możliwe inwestowanie w fundusz, którego dana instytucja jest właścicielem. Nowe zasady kładą też nacisk na zakazanie transakcji, które mogłoby postawić klientów w sytuacji "konfliktu interesów".
Zmiany mają na celu przywrócenie ładu sprzed 1999 roku. Wcześniej rynek był wyraźnie podzielony na banki zajmujące się działalnością inwestycyjną i te, które zajmują się udzielaniem pożyczek czy prowadzeniem rachunków przeciętnych gospodarstw domowych.
Analitycy odnoszą się z rezerwą do nowych przepisów. - W ubiegłym tygodniu przeglądałem badania, które pokazywały, że 80 proc. pytanych analityków uważa, że te zmiany wcale nie uchronią amerykańskiego sektora bankowego przed następnym kryzysem - mówił Wyborczej.biz Piotr Kuczyński, analityk z firmy doradczej Xelion.