Również w sobotnim wydaniu brytyjskiej gazety "Daily Telegraph" pojawiły się spekulacje na temat ewentualnego odejścia Haywarda. Gazeta podkreśla, że sam szef BP może podjąć decyzję o rezygnacji "w interesie firmy i jej udziałowców" lub zostać zmuszony do odejścia. Nieoficjalnie mówi się, że ma go zastąpić Amerykanin Bob Dudley, odpowiedzialny za usuwanie plamy ropy w Zatoce Meksykańskiej.
Według informacji BBC z niedzieli Hayward już negocjuje warunki swojego odejście. "Sunday Telegraph" twierdzi, że Hayward dostanie jedynie minimalną należną mu kwotę, czyli milion funtów, co w przeliczeniu daje niecałe pięć milionów złotych. Wcześniej Hayward podkreślał, że nie zrezygnuje z kierowania koncernem w związku z katastrofą.
Dyrektor wykonawczy ma zrezygnować zanim koncern ogłosi wyniki finansowe za pierwsze sześć miesięcy tego roku.
Zdaniem "Daily Telegraph" jego zwolnienie jest tym bardziej prawdopodobne, że BP stracił od eksplozji Deepwater Horizon 46 mld funtów ze swej rynkowej wartości. Szacunki mediów mówią, że firma musi się przygotować na wypłacenie ok. 30 mld dol. odszkodowań i kar.
Zarząd zbierze się w poniedziałek w londyńskiej kwaterze głównej koncernu. Być może już we wtorek poda do wiadomości publicznej informacje o rezygnacji dyrektora wykonawczego.
20 kwietnia wybuch na platformie wydobywczej Deepwater Horizon spowodował śmierć 11 osób i zapoczątkował największą katastrofę ekologiczną w historii Stanów Zjednoczonych. Pracujący dla BP od 28 lat Tony Hayward jest ostro krytykowany przez opinię publiczną za działania w Zatoce Meksykańskiej.
W czerwcu Hayward został odsunięty od bieżącego kierowania akcją ratunkową mającą powstrzymać wyciek ropy w Zatoce Meksykańskiej.
17 czerwca wystąpił przed podkomisją śledczą Izby Reprezentantów Kongresu
USA. Wyraził skruchę z powodu katastrofy. Kongresmani naciskali wówczas na niego, by przyznał, że przyczyną eksplozji były zaniedbania BP, ale Hayward odmówił. - Myślę, że za wcześnie, by dochodzić do takiego wniosku. Nasze dochodzenie się jeszcze toczy - mówił.