Leszek Baj: Cała Europa podnosi wiek emerytalny. W Polsce trwa dyskusja: wydłużyć wiek na siłę czy pozwolić ludziom na wybór, jak proponował w kampanii prezydent Bronisław Komorowski. Co jest lepsze?
Jan Rutkowski: Trzeba zrobić i jedno, i drugie. Starzeje się społeczeństwo i zmienia się struktura ludności. Zmniejsza się liczba osób w wieku produkcyjnym, a zwiększa w wieku poprodukcyjnym, które trzeba utrzymywać. A wzrost gospodarczy zależy w ostatecznym rachunku od dwóch czynników - od tego, jak szybko przyrasta siła robocza i jak szybko rośnie wydajność pracy. My mamy problem i z jednym, i drugim, co ogranicza nasz wzrost gospodarczy.
Z jednej strony, musimy więc zwiększyć bodźce zachęcające do dłuższej pracy. Z drugiej strony, trzeba wyrównać wiek emerytalny kobiet i mężczyzn oraz podnieść wiek emerytalny, bo same bodźce finansowe mogą nie wystarczyć. Bo czy przekona kogoś, kto ma tysiąc złotych emerytury, dodatkowe 100 zł, jeśli przepracuje rok dłużej? Mam wątpliwości.
Jak wybrnąć z tej demograficznej pułapki?
- Zrównanie wieku emerytalnego i podniesienie go to jedno. Oprócz tego trzeba zamknąć możliwości wcześniejszego wychodzenia z rynku pracy i pobierania świadczeń społecznych przez osoby w wieku produkcyjnym i zdolne do pracy.
Koszt tego, że w Polsce bardzo duża grupa ludzi w wieku produkcyjnym nie pracuje, jest bardzo wysoki. Gdyby u nas procentowo tyle starszych ludzi było zatrudnionych co u naszych sąsiadów, w Niemczech czy na Litwie, to nasz dochód narodowy byłby o 5-6 proc. wyższy. Każdy by zarabiał więcej. A tak Polska jest biedniejszym krajem.
W innych krajach udało się podwyższyć aktywność zawodową?
- Koronnym przykładem są właśnie Niemcy. Kanclerz Gerhard Schröder przeprowadził przy silnym sprzeciwie społecznym tzw. reformy Hartza. Polegały one na aktywizowaniu zawodowym ludzi, nowe regulacje wymagały, by osoba otrzymująca świadczenie była aktywna zawodowo i szukała pracy. Państwo niemieckie powiedziało: pomożemy ci, ale musisz być aktywny, szukać pracy, szkolić się. W tej chwili niemiecki system zabezpieczenia społecznego jest znacznie bardziej sprawny. Wcześniej podobną filozofię wprowadzono w Anglii.
Dlaczego więc Polacy niechętnie pracują?
- W Polsce większość osób nieaktywnych zawodowo będących w wieku produkcyjnym dostaje jakieś świadczenie społeczne. Przez długi czas mieliśmy nieszczelny i szczodry system rent inwalidzkich. Rząd już zrobił sporo, by uszczelnić system, i liczba nowych rencistów spada. Ale trzeba zrobić jeszcze więcej. Przyszłe renty muszą przestać być atrakcyjną alternatywą dla płacy i powinny być naliczane na tej samej zasadzie co emerytura - w proporcji do wysokości odłożonych składek.
Badania socjologiczne pokazują, że renty prowadzą nie tylko do wycofania z rynku pracy, ale też wycofania się z życia społecznego. Polityka rozdawania rent jest więc nie tylko nieefektywna ekonomicznie, ale też nieefektywna z punktu widzenia dobra społecznego rencistów. Na Zachodzie inwalidzi pracują znacznie częściej niż w naszym kraju. Tam inwalidów aktywizuje się zawodowo. W Polsce dość wysoka renta w stosunku do płacy sprawia, że osoby ją otrzymujące nie mają bodźców do szukania pracy.
Kto najczęściej wcześnie wychodzi z rynku pracy?
- Znacznie bardziej skore do wychodzenia z rynku pracy są osoby o niższym wykształceniu. Mają one gorsze perspektywy zawodowe i niższe płace.
Ale pamiętajmy, że jeśli ktoś już wychodzi z rynku pracy, to trudno jest taką osobę ponownie zatrudnić. Lepiej więc od początku zachęcać do pozostania na rynku pracy tych, którzy zbliżają się do wieku emerytalnego.
Ale gdy spytamy emeryta czy rencistę, to każdy powie, że świadczenie mu się należy, i to nawet wyższe.
- Tak, ale do tego trzeba dłużej pracować. Ludzie mówią: jak przejdę na emeryturę w wieku 65 lat, to sobie już na emeryturze nie pożyję. Traktują emeryturę czy rentę jak coś lepszego niż okres pracy. Ale faktyczny wiek przechodzenia na emeryturę dla mężczyzn wynosi 61, a dla kobiet 57 lat. Mężczyzna średnio ma wtedy przed sobą jeszcze 17 lat życia, a kobieta 25 lat. A przecież gdy tworzono systemy emerytalne, to duża część osób w ogóle emerytury nie dożywała.
Systemy emerytalne w tradycyjnym kształcie są niedostosowane do zmieniającej się struktury demograficznej, w szczególności do starzenia się ludności i wydłużania życia, i w związku z tym są nie do utrzymania przy istniejącej wysokości składek i świadczeń. Niezmieniony system oznacza albo drastyczny spadek świadczeń, albo drastyczną podwyżkę podatków, co z kolei zdusiłoby gospodarkę i zatrudnienie, uruchamiając spiralę spadku dochodów.
Związki zawodowe mówią: wydłużenie wieku emerytalnego zabierze pracę młodym. Słusznie?
- Nie ma żadnego dowodu, że to prawda. Ludzie uważają, że liczba miejsc pracy na rynku jest ograniczona, więc więcej ludzi na rynku pracy oznacza wyższą stopę bezrobocia. Ale badania pokazują, że im więcej ludzi wchodzi na rynek pracy, tym rynek staje się szerszy i zatrudnienie rośnie.