Jeszcze we wrześniu zeszłego roku na szycie G20 przywódcy największych państw świata opowiadali się za dalszym utrzymaniem pakietów fiskalnych stymulujących gospodarkę w celu podtrzymania wątłego ożywienia. Miesiąc później okazało się, że problemy ze spłatą zobowiązań ma Dubai World, który - co stało się dopiero wtedy jasne - nie miał gwarancji emiratu, na którego terenie się znajdował. Od tego momentu rozpoczął się kryzys fiskalny, który trwa do dzisiaj.
W czerwcu tego roku ci sami przywódcy dwudziestu największych krajów świata mieli już zupełnie inną ocenę rzeczywistości. Europejczycy przyjechali na szczyt z zamiarem ogłoszenia światu, że przyszedł czas ograniczania deficytów. Gdyby nie postawa Amerykanów, którzy wciąż wierzą w pompowanie pieniędzy państwowych w gospodarkę, komunikat po szczycie zmieniłby się o 180 stopni w porównaniu z poprzednim.
Po ujawnieniu problemów Dubai World w październiku zeszłego roku inwestorzy na całym świecie wystawili swoje radary finansowe na ryzyko związane ze spłatą długu. I o ile po upadku Lehman Brothers panika na rynkach finansowych dotyczyła całych regionów gospodarczych świata, w tym m.in. regionu Europy Środkowo-Wschodniej, o tyle od ujawnienia problemów Dubaju inwestorzy zwrócili swą uwagę na problemy fiskalne poszczególnych krajów.
Na pierwszy ogień poszła Grecja, gdzie władze publiczne w okresie kryzysu zachowały się wyjątkowo nieodpowiedzialnie, licząc zapewne na to, że skoro są w strefie euro, nic strasznego ich spotkać nie może. W okresie kryzysu w latach 2007-09 rząd grecki zwiększył wydatki socjalne o 3 proc. PKB, płace w sektorze publicznym o ponad 1,2 proc. PKB, nie wspominając o pozostałych wydatkach, które przyrosły o 1,2 proc. PKB. Jednocześnie spowolnienie tempa wzrostu gospodarki przyczyniło się do spadku dochodów o prawie 3 proc. PKB. W efekcie w ciągu dwóch lat poziom deficytu wzrósł o blisko 8,5 proc. PKB, a dług publiczny o prawie 20 proc. PKB, osiągając poziom nieco ponad 115 proc. PKB.
Problemem Grecji były oczywiście błędy w polityce fiskalnej w okresie kryzysu, ale również lata nadmiernych deficytów, które doprowadziły do tego, że w okresie dobrej koniunktury dług publiczny osiągnął prawie 100 proc. PKB.
Inwestorzy nie mieli nadmiernego zaufania do Grecji przed kryzysem, dlatego woleli pożyczać Grecji na krótkie terminy. Stąd też greckie kłopoty - swoje zadłużenie Grecy muszą wykupić w ciągu najbliższych pięciu lat, a kraje takie jak Wielka Brytania czy Stany Zjednoczone zadłużenie swoje mają rozłożone na 30-50 lat.
Ale to nie tylko Grecja popełniła błędy w polityce gospodarczej w okresie kryzysu. Wiele państw nadmiernie zwiększyło wydatki, co zapędziło je w tarapaty związane z ryzykiem niemożności spłacenia zaciągniętych długów. Większy przyrost deficytu niż w Grecji nastąpił w Hiszpanii, gdzie przebicie bąbla spekulacyjnego na rynku nieruchomości spowodowało znacznie głębszą recesję niż w Grecji i siłą rzeczy znacznie większy spadek dochodów budżetowych. W latach 2007-09 spadły one o ponad 6 proc. PKB. W tym samym czasie jednak rząd hiszpański, podobnie jak grecki, zdecydował się zwiększyć wydatki socjalne o 3,4 proc. PKB, płace o 1,6 proc. PKB, a pozostałe wydatki o ponad 1?proc. PKB. W sumie przyrost poziomu hiszpańskiego deficytu był rekordowy, wyniósł 13 proc. PKB, a dług publiczny wzrósł o 17 proc. PKB. Na szczęście Hiszpania nie była tak zadłużonym krajem jak Grecja przed kryzysem i dziś dług Hiszpanii nie przekracza jeszcze 60 proc. PKB.
W sumie w większości krajów europejskich, w których nastąpił znaczny przyrost deficytu, dynamika wydarzeń była dość podobna. Spadek dochodów związany z wolniejszym tempem wzrostu gospodarczego, znaczący wzrost wydatków socjalnych, silny wzrost płac w sektorze publicznym, istotny wzrost innych wydatków i niski wzrost wydatków inwestycyjnych. Na tym tle ciekawy do porównania jest przykład Polski, gdzie spadek dochodów był podobny jak w Grecji, ale reakcja władz publicznych zupełnie inna.
W Polsce wzrost wydatków socjalnych w okresie kryzysu wyniósł 0,7 proc. PKB, wzrost płac 0,6 proc. PKB, pozostałe wydatki... spadły o 0,4 proc. PKB, a inwestycje przyrosły o rekordowe 1,1 proc. PKB. Stąd też w Polsce przyrost deficytu w okresie kryzysu był znacznie mniejszy, a jego struktura znacznie lepsza.
Z tego zestawu widać, że w krajach, gdzie mamy dziś do czynienia z problemami fiskalnymi, główną ich przyczyną, oprócz spadku dochodów, był nadmierny przyrost wydatków socjalnych i płac w sektorze publicznym. Jest zatem całkiem naturalne, że oszczędności szuka się właśnie w tych obszarach. Dokonywane są więc obniżki wynagrodzeń w sferze publicznej oraz podwyższany wiek emerytalny.
Oprócz tego w przypadkach tak skrajnych jak grecki następuje eliminowanie wszelkiego rodzaju dodatkowych świadczeń takich jak trzynaste i czternaste pensje. A tam, gdzie deficyty są wyjątkowo wysokie, nie obejdzie się bez podwyżek podatków.
Można powiedzieć, że po dwóch latach paniki i wyjątkowo luźnej polityki fiskalnej następuje powrót do źródeł i konserwatywnej polityki budżetowej. Dziś mało kto w Europie jest zwolennikiem dalszej stymulacji fiskalnej. W Europie takie poglądy są już w mniejszości, bo rynek finansowy wycenił koszt prowadzenia takiej polityki.
W Stanach Zjednoczonych natomiast prezydent Barack Obama i jego doradcy są nadal zwolennikami stymulowania gospodarki poprzez wydatki rządowe. Pomimo że większość Amerykanów (56 proc.) uważa dziś, że prezydent nie radzi sobie z gospodarką. Amerykanie nie dostają jednak sygnałów rynkowych, że taka polityka jest niebezpieczna. Bo wciąż dolar amerykański jest postrzegany jako najbardziej bezpieczna waluta świata. Co więcej, w wyniku kryzysu europejskiego jego siła i rola jeszcze wzrosły. O ile rok temu snuto przypuszczenia o zastąpieniu w przyszłości dolara jako waluty rezerwowej przez euro, o tyle dzisiaj głównie padają pytania o szanse przetrwania strefy euro. A to wzmacnia pozycję dolara i Ameryki. Dlatego też inwestorzy na całym świecie mimo wyjątkowo luźnej polityki fiskalnej prowadzonej przez rząd amerykański są wciąż chętni kupować amerykańskie obligacje.
Zwolennicy amerykańskiego podejścia twierdzą, że bez wsparcia fiskalnego tlący się wzrost gospodarczy się nie utrzyma. Z kolei w Europie dominuje dziś raczej pogląd, że pakiety fiskalne przyniosły więcej złego w postaci ryzyka bankructwa niektórych krajów europejskich i podważenia wiarygodności całej strefy euro. Ponadto dotychczasowe doświadczenia pokazują, że wsparcie fiskalne daje krótkotrwałe efekty (jak w przypadku dotacji na zakup samochodów), po czym gospodarka wraca na swe prawdziwe tory.
Nie ma innego wyjścia niż próba jak najszybszego powrotu do bezpiecznej ścieżki fiskalnej, przede wszystkim poprzez likwidację nieprawidłowości narosłych w kryzysie, a w niektórych przypadkach przez całe lata przed kryzysem. Chodzi m.in. o bardzo niski wiek emerytalny. Reformy takie jak podwyższanie wieku emerytalnego nie dość, że nie powodują spadku konsumpcji, to jeszcze przez zwiększenie aktywności zawodowej społeczeństwa konsumpcję wspierają. Nie jest więc prawdą, że konsolidacja fiskalna musi zmniejszyć popyt i wyhamować wzrost. Jeśli będą eliminowane błędy polityki ostatnich lat i reformy będą miały charakter podażowy, to w średniej perspektywie działania te powinny zwiększyć konkurencyjność gospodarek europejskich. Rosną szanse, że tak będzie.
*Ryszard Petru, główny ekonomista i dyrektor ds. strategii w BRE Banku