Na łamach "Gazety" Profesor Leszek
Balcerowicz zaprezentował wiele argumentów krytycznych w dyskusji o ewentualnym przejęciu BZ WBK przez PKO BP. Ponieważ dotyczą one w znacznej części tematyki jakości ładu korporacyjnego w Polsce, którym w ostatnich miesiącach intensywnie zajmowała się Rada Gospodarcza przy premierze, chciałbym przekazać kilka refleksji osoby patrzącej na to z innej strony.
Profesor Balcerowicz nazywa ewentualne kupno BZ WBK przez PKO BP "groźnym pomysłem", "niedobrym dla stabilności i rozwoju polskiej gospodarki". Koronnym argumentem jest to, że transakcja taka zwiększyłaby rolę państwa w gospodarce i że rząd ulega antyzagranicznym fobiom a la LPR, bo patrzy przychylnym okiem na transakcję rynkową, która mogłaby zwiększyć udział kapitału krajowego w sektorze finansowym o kilka punktów procentowych (BZ WBK ma 5 proc. udziału w rynku).
Profesor Balcerowicz powołuje się przy tym na OECD i Bank Światowy, ale niestety dość wybiórczo. Pomija bowiem szeroko komentowaną przez te i inne międzynarodowe instytucje kwestię ryzyka systemowego związanego z nadmiernym udziałem zagranicznego kapitału w sektorze bankowym krajów na dorobku, które dobitnie pokazał ostatni kryzys.
W swoim kwietniowym raporcie OECD zachęca polski rząd do wzmożonej prywatyzacji i odnotowuje, iż rząd ma ambitny plan prywatyzacyjny, jednocześnie przyznając, że trudności w jego realizacji w 2009 roku wynikały po części ze słabości rynku kapitałowego wywołanej kryzysem światowym. Co do negatywnych skutków nadmiernej własności państwowej w sektorze finansowym, o których mówi Bank Światowy, nie chodzi chyba o Polskę, ale kraje byłego Związku Radzieckiego. Nie jest to też teza nowa. Może warto natomiast, zacytować te wypowiedzi Banku Światowego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego, które odnoszą się do lekcji z kryzysu dla systemów bankowych. A obie te instytucje bardzo wyraźnie podkreślają fakt, że duże uzależnienie sektora finansowego w krajach transformujących się w naszej części Europy od międzynarodowych grup finansowych było czynnikiem podnoszącym ryzyko w czasie ostatniego kryzysu. W raporcie o stabilności światowego systemu finansowego z października 2008 r. MFW pisze tak: "Analiza MFW stwierdza, że w przypadku scenariusza kryzysowego, szoki w zachodnioeuropejskim systemie bankowym mogą mieć szerokie efekty przelania się na wschodzącą Europę, wywołując lub wspomagając efekt zarazy". To język dyplomatyczny, ale jego esencja jest "oczywistą oczywistością" - wielkie międzynarodowe grupy bankowe, które straciły miliardy na ryzykownych transakcjach na rynkach nieruchomości i na gwałt potrzebują kapitału, zakręcą kurki z finansowaniem swoich oddziałów w krajach wschodzących, bez względu na to, czy ich gospodarki działają dobrze, czy źle. Prognoza ta okazała się trafna, co widać było także w Polsce, ale przede wszystkim w krajach bałtyckich. I choć to prawda, że banki zachodnie nie wycofały się z rynków nawet tak dotkniętych kryzysem jak kraje bałtyckie czy Ukraina, to nie powinno się nie doceniać skali zagrożenia, jakie zaistniało na przełomie lat 2008 i 2009. O ucieczce z Polski może nie było mowy, ale banki-matki kurki z kapitałem zakręciły bardzo gwałtownie (podczas gdy to "paskudne" PKO BP kontynuowało akcję kredytową także dzięki dokapitalizowaniu przez "szkodliwe" państwo). Warto podkreślić, że rządy, regulatorzy, MFW, ECB i Komisja Europejska musiały cały czas wywierać presję na banki transgraniczne, by w swoich działaniach ratunkowych na poziomie grupy nie wybierały drogi na skróty, jeśli chodzi o ich działanie na rynkach w naszym regionie. A miało to kluczowe znaczenie, co potwierdza tenże raport Banku Światowego: "Gdy konstruowano wspomagane przez MFW programy (stabilizacyjne) w nowych krajach członkowskich UE, stało się jasne, że wykonalność tych programów bardzo znacząco zależała od tego, czy da się zapewnić dalsze zaangażowanie banków zachodnioeuropejskich w krajach goszczących". I jeszcze zdanie, które szczególnie poświęcam uwadze czytelników: "To one (zachodnie banki) stanowiły przecież centralną część nagromadzonych ryzyk i słabości w tych krajach".
Wydaje się zatem niesłuszne ignorowanie dramatycznych doświadczeń ostatnich kilku lat i lekcji z nich płynących, kiedy dyskutujemy nad PKO BP i BZ WBK. Jedną z tych lekcji jest, że choć transgraniczne grupy finansowe mają ogromny udział w rozwoju gospodarczym Polski i regionu w ciągu ostatnich lat, to w sytuacjach kryzysowych mogą również pogłębiać zjawiska negatywne. I dlatego warto mieć zdywersyfikowany system bankowy (tak jak portfel inwestycyjny) ze znaczącym udziałem podmiotów krajowych. Jest pewną przesadą nazywanie nacjonalizacją sektora bankowego tego, że rząd przychylnie patrzy na dążenia PKO BP do ekspansji na rynku poprzez zakup banku, którego dotychczasowy zagraniczny właściciel (pod presją własnego, a nie polskiego rządu!) wystawił na sprzedaż.
I tu jeszcze jedna refleksja dotycząca roli polityki państwa w sektorze finansowym. Mówi się często, że sposobem na najlepsze zarządzanie tym sektorem jest zawężanie ingerencji politycznej. To śmiała teza po kryzysie i przeciwna do działań rządów w USA i Europie w ostatnich miesiącach. Ingerencja polityczna albo raczej państwowa w system bankowy zawsze była duża (chociażby poprzez nadzór regulacyjny i decyzje banku centralnego), a dziś jest jeszcze większa, bo okazało się, że bez tej ingerencji sektor bankowy może wytworzyć ryzyka systemowe dla całej gospodarki. Więc podczas gdy Amerykanie, Brytyjczycy, Niemcy i Francuzi działają, Polska ma pozostać bierna i puścić wszystko na żywioł. Tu odzywa się jakiś dziwny brak zaufania do własnego państwa.
Może dlatego profesor Balcerowicz pomija w swojej egzegezie debatę toczącą się wokół odpowiedzialności kilkunastu dużych banków transgranicznych za skalę kryzysu światowego. To chyba nie jest jednak tak, że najgorzej w kryzysie poradziły sobie banki z udziałem państwa. Owszem, wiele z takich banków, zwłaszcza spółdzielczych czy niedziałających na zasadzie spółek hand-lowych notowanych na giełdzie, wygląda słabo i może będzie musiało zostać dokapitalizowanych. Ale były one słabe także przed kryzysem. Natomiast może ktoś wytłumaczyłby, jak to się stało, że ikony prywatnego kapitalizmu, takie jak: Lehman Brothers, Goldman Sachs, Royal Bank of Scot-land czy nawet Citibank upadły lub zostały uratowane przez podatników w wyniku kryzysu, które same w znacznej części spowodowały? Pan profesor mówi, że wykupywanie tych banków przez rządy było błędem i tworzyło ryzyko moralne, ale zapomina o tym, że wiele z nich stało się "zbyt duże, by upaść" (a jakie byłyby losy BZ WBK, gdyby rząd Irlandii pozwolił AIB upaść? Czy istniałby dziś?). Mówi się, że PKO BP nie ma doświadczenia w przeprowadzaniu fuzji. Ale nieudane połączenia banków, o których wspomina profesor Balcerowicz w artykule, to były fuzje doświadczonych, wielkich graczy. Zawiodły, bo - paradoksalnie inaczej niż w przypadku PKO BP - ich logika nie była biznesowa, ale polityczna - chodziło o nabranie takiej masy, by "wyrwać się" spod kontroli jakiegokolwiek rządu.
Dlatego właśnie ryzyko związane z funkcjonowaniem wielkich transgranicznych grup bankowych jest dziś tematem numer jeden na świecie. Największe grupy bankowe intensywnie lobbują rządy krajów zachodnich i światowych regulatorów, by nie nakładać na nie wyższych wymogów kapitałowych jako formy zabezpieczenia przed kolejnym kryzysem. Starają się również wyzwolić spod nadzoru lokalnych regulatorów rynku, tak aby zarządzać ryzykiem na poziomie grupy. Sheila Bair, szefowa amerykańskiego funduszu gwarantującego depozyty, publicznie oskarżyła wielkie banki o wywieranie presji na regulatorów w sprawie nowych, podwyższonych wymogów kapitałowych i ostrzegła, iż nie zawaha się zmusić niektóre z nich do podziału, jeżeli nie będą w stanie zapewnić odpowiedniego poziomu zabezpieczeń przed ryzykiem. Niezrozumiałe zatem jest, dlaczego Polska miałaby ignorować te zjawiska i ryzyka związane z transgranicznymi grupami finansowymi tylko dlatego, że są prywatne. Świat się zmienia i ludzie starają się wyciągnąć z tego wnioski, a u nas czasem rządzi ortodoksja z ubiegłego wieku.
Kolejny ciekawy wątek to twierdzenie, że gdyby doszło do transakcji PKO BP i BZ WBK, to wzrosłoby upolitycznienie sektora bankowego. Równocześnie pada pytanie, czy ktoś przeanalizował ogólnogospodarcze efekty takiej fuzji, i krytykuje się pomysł przeznaczenia dywidendy PKO BP na zakup BZ WBK, używając argumentu, iż pieniądze te powinny być przeznaczone na zmniejszanie zadłużenia państwa. Argumenty te wydają się niespójne i wzajemnie wykluczające. Jeżeli jest się przeciwko posiadaniu przez państwo udziałów w PKO BP, to chyba nie powinno się liczyć na dywidendę? Jeżeli PKO BP ma nie być upolitycznione, to chyba decyzja, czy startować po BZ WBK, nie powinna być oparta na analizie wpływu na całą gospodarkę (domena państwa), ale wyłącznie na analizie zarządu i rady nadzorczej, czy to zwiększy wartość PKO BP dla akcjonariuszy. Inaczej mówiąc, tylko gdyby PKO BP było narzędziem polityki gospodarczej państwa, pytanie o wpływ na całą gospodarkę miałoby sens. A akcjonariusze mniejszościowi chyba nie są oburzeni pomysłem PKO BP i nie zagłosowali nogami - od początku lipca akcje tego banku wzrosły o 7 proc. (WIG20 o 5 proc.).
Nie chodzi chyba też o kwestię ewentualnego monopolu - PKO BP i BZ WBK razem stanowiłyby poniżej 20 proc. rynku, a ich najbliższy konkurent Pekao SA - prywatny i kontrolowany przez kapitał zagraniczny - 12 proc.
Wygląda na to, że przyczyną niespójności w argumentach przeciwko fuzji może być głęboki brak wiary, że PKO BP jest i będzie dobrze zarządzaną spółką notowaną na giełdzie, a nie socjalistycznym przedsiębiorstwem państwowym. Pomija się fakt, że Rada Gospodarcza i rząd wypracowały modelowe rozwiązanie, które skokowo podniesienie jakość zarządzania i nadzoru w spółkach z udziałem skarbu państwa, tak aby nakierowane były przede wszystkim na powiększanie wartości dla wszystkich akcjonariuszy, także mniejszościowych. A zatem rząd zmierza w odwrotnym kierunku - nie tylko nie upolitycznia, ale wprowadza czysto rynkowe zasady zarządzania spółkami z udziałem skarbu państwa. Dziś jesteśmy bliżej marzenia, aby te spółki działały według najlepszych zasad korporacyjnych i żeby "akcjonariat obywatelski" był jak najszerszy w Polsce.
I to prowadzi mnie do ostatniej refleksji - dlaczego ktoś a priori odmawia podmiotowi komercyjnemu, notowanemu na giełdzie i szukającego wzrostu, prawa do stawania w szranki o część rynku tylko dlatego, że państwo jest jego akcjonariuszem? Czy nie jest to paradoksalnie bardzo anty-rynkowe podejście? Dlaczego nie budzi równego niesmaku to, że o BZ WBK najprawdopodobniej biją się zagraniczne grupy, w których inne państwa też mają udziały i że przedstawiciele tych państw je w tym wspierają? A może jest to efekt myślenia, że zagraniczny jest zawsze lepszy, nawet jeśli państwowy? Tylko wtedy nie owijajmy w bawełnę, że chodzi o "prywatyzację" czy akcjonariat obywatelski, ale nazywajmy rzecz po imieniu - sprzedaż strategicznemu inwestorowi zagranicznemu jest jedynym wyjściem, bo Polacy albo nie mają kapitału, albo nie potrafią zarządzać majątkiem. A zatem pogódźmy się z tezą, że po 20 latach transformacji Polacy nie mają nawet prawa do marzeń o polskiej Nokii czy banku na miarę hiszpańskiego Santandera. Może tak jest, ale może warto jednak spróbować. Rozważyć, czy lekcje z kryzysu, zmiany na rynku i relatywnie silna pozycja Polski nie stwarzają okazji, która może się nie powtórzyć.