Jeszcze większe będzie opóźnienie innej budowanej przez Francję elektrowni jądrowej - w Olkiluoto w Finlandii. Tam zawiodła nie EdF, lecz inna państwowa firma - producent reaktorów Areva. I w Olkiluoto, i we Flamanville miał być zamontowany reaktor EPR.
- Zaufanie do tego modelu reaktora i do zdolności francuskiego przemysłu nuklearnego zostało poważnie zachwiane - stwierdził były szef EdF François Roussely.
Opóźnienie we Flamanville to kolejny z całej serii ciosów, które zainkasował francuski przemysł jądrowy.
Najpierw w 2009 r. ze współpracy z Arevą wycofał się niemiecki gigant Siemens, który wybrał współpracę z rosyjskim Rosatomem. Potem w grudniu przyszła
prestiżowa porażka w gigantycznym, wartym 20 mld dol.
przetargu na budowę czterech bloków jądrowych w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Wygrała go koreańska firma KEPCO. We Francji podnosiły się głosy, że EdF i Areva budują elektrownie za drogo. Obie firmy tłumaczą, że EPR to prototyp, dlatego budowa elektrowni się przeciąga, ale kiedy już zostaną ukończone, to budowa następnych pójdzie jak z płatka.
EdF i Areva są jednymi z faworytów wyścigu do budowy pierwszej elektrowni atomowej w Polsce. Prestiżowa porażka we Flamanville będzie miała wpływ na to, kogo wybierze jako partnera
Polska Grupa Energetyczna. Mają być spełnione dwa warunki: najnowszy typ reaktora (tzw. trzy plus), a firma, która będzie partnerem, dostanie certyfikat na eksploatację swojej elektrowni w Europie bądź
USA. Areva, podobnie jak jej amerykańscy konkurenci Westinghouse i General Electric, stara się o certyfikaty w USA i Wielkiej Brytanii. Kto będzie pierwszy, ten będzie miał większe szanse na budowę elektrowni także w Polsce.