Po fiasku szczytu klimatycznego w Kopenhadze w grudniu 2009 r., kiedy potęgom gospodarczym - Unii, USA i Chinom - nie udało się uzgodnić wspólnej strategii zapobiegania globalnemu ociepleniu, wydawało się, że przygasł zapał krajów UE do walki z tym zjawiskiem. UE i tak zrobiła bardzo dużo: do 2020 r. emisje CO2 mają się zmniejszyć o 20 proc. Jednak w maju unijna komisarz ds. klimatu Connie Hedegaard z Danii zaproponowała podwyższenie tego celu z 20 do 30 proc. Podlegli jej urzędnicy wyliczyli, że wskutek światowego kryzysu dodatkowe koszty gospodarcze osiągnięcia owych 30 proc. - choć są znaczne - to jednak spadły. W 2008 r. koszty redukcji CO2 o 20 proc. wyliczono na 70 mld euro. Koszt redukcji o 30 proc. szacuje się teraz na 81 mld euro rocznie, czyli 0,54 proc. unijnego PKB.
Ale plany komisarz Hedegaard upadły z powodu sprzeciwu Francji i Niemiec, a także Polski. - Klimatowi nie pomoże to, że tylko Europa zrobi większy postęp - mówił niemiecki minister gospodarki Rainer Brüderle. Paryż i Berlin nadal formalnie popierają przyjęcie celu 30 proc., ale pod warunkiem że Chiny i USA zobowiążą się do współmiernego wysiłku na rzecz redukcji. Tymczasem w USA wygasa początkowy zapał, z jakim ekipa Obamy chciała wprowadzić system handlu emisjami, zmuszający firmy do płacenia za wyrzucany do atmosfery dwutlenek węgla. W lipcu amerykański Senat przerwał prace nad projektem ustawy w tej sprawie.
W przyszłość bez węgla
Greg Barker, minister ds. zmian klimatycznych Wielkiej Brytanii
dr Norbert Röttgen, minister ds. środowiska Niemiec
Jean-Louis Borloo, minister ds. środowiska Francji
To, że Europa koncentruje się obecnie na wychodzeniu z recesji, nie powinno nas odrywać od pilnego pytania, jaką gospodarkę chcemy budować.
Jeżeli nie dopilnujemy, aby uzdrawianie gospodarek naszych krajów szło w parze z dążeniem do zrównoważonej, niskowęglowej przyszłości, czeka nas ciągła niepewność i znaczne koszty wiążące się ze zmiennymi cenami energii oraz destabilizacją klimatu.
Nadarza się jednak doskonała okazja - możemy wzmocnić nasze gospodarki, zwiększyć bezpieczeństwo energetyczne i walczyć ze zmianami klimatu, rozwijając sektory bazujące na energii bez węgla, dające nowe możliwości zatrudnienia i eksportu.
Ale Europa nie jest sama. Rozpoczął się globalny wyścig do zrównoważonej, niskowęglowej gospodarki. Gospodarczy konkurenci Europy nie pozostają bierni.
Kluczowe pytanie, na jakie musi sobie odpowiedzieć Europa, brzmi: czy wystarczy nam wyobraźni, aby skorzystać z tej szansy i poprowadzić świat w kierunku nowego, niskowęglowego modelu wzrostu gospodarczego?
Jesteśmy przekonani, że Europa ma takie możliwości, ale nie wypracowała jeszcze właściwych środków zachęcających do wprowadzania zmian w modelach inwestycyjnych. Jedną z głównych barier w tym względzie jest obecny cel Unii Europejskiej, jeżeli chodzi o emisje, które do 2020 r. mają się zmniejszyć o 20 proc. w stosunku do poziomu z 1990 r. Dziś wydaje się, że w procesie przechodzenia do gospodarki opartej na niskich emisjach to nie wystarczy.
Już tylko z powodu samej recesji emisje w unijnym sektorze objętym systemem handlu emisjami zmniejszyły się o 11 proc. wobec poziomu sprzed kryzysu. Po części w wyniku tej sytuacji obecna cena emisji dwutlenku węgla jest o wiele za niska, aby stymulować znaczące inwestycje w zielone miejsca pracy i technologie.
Jeżeli poprzestaniemy na redukcji o 20 proc., Europa prawdopodobnie przegra wyścig o konkurencję w niskowęglowym świecie z krajami takimi, jak Chiny, Japonia czy Stany Zjednoczone, które starają się zapewnić bardziej atrakcyjne środowisko dla inwestycji poprzez tworzenie ram dla polityki niskich emisji i wprowadzanie pakietów zachęt dla inwestycji niskowęglowych.
Dlatego właśnie wyrażamy dziś przekonanie, że w kwestii emisji Unia Europejska powinna przyjąć taki cel, który dałby prawdziwy bodziec dla innowacyjności i działań w kontekście międzynarodowym: do 2020 r. zmniejszyć emisje o 30 proc. To byłaby prawdziwa próba powstrzymania wzrostu temperatury na ziemi do 2 st., umacniająca zdecydowanie tych, którzy już proponują ambitne działania i zachęcająca jeszcze bardziej tych, którzy teraz czekają w gotowości. Miałoby to także duży sens z punktu widzenia biznesu.
Wyznaczając sobie wyższy cel, Unia Europejska nie tylko miałaby bezpośredni wpływ na cenę emisji dwutlenku węgla do 2020 r., lecz także wysłałaby mocny sygnał świadczący o chęci działania w dłuższej perspektywie. Nie możemy zapominać, że to w przeważającej mierze sektor prywatny będzie dokonywać inwestycji służących budowie naszej niskowęglowej przyszłości, dlatego ustalenie celu redukcji na poziomie 30 proc. da inwestorom większą pewność i przewidywalność.
Firmy europejskie już teraz chętnie skorzystałyby z tych nowych możliwości. Dzięki temu, że Europa tak wcześnie zajęła się zmianami klimatycznymi, obecnie ma ona 22 proc. udziału w światowym sektorze towarów i usług wytwarzanych w oparciu o gospodarkę niskowęglową. Ale reszta świata nas dogania. Zobowiązania z Kopenhagi, choć mniej ambitne niż nasze nadzieje, uruchomiły szeroko zakrojone działania, zwłaszcza w Chinach, Indiach i Japonii.
Konieczność podjęcia jak najszybszych działań staje się jeszcze pilniejsza, jeżeli weźmiemy pod uwagę spadek szacunkowych kosztów. W związku z niższymi emisjami w okresie recesji, roczny koszt osiągnięcia w 2020 r. obecnego celu, jakim jest redukcja emisji o 20 proc., spadł o jedną trzecią, z 70 mld do 48 mld euro. Ocenia się, że podwyższenie celu do 30 proc. kosztowałoby tylko o 11 mld euro więcej niż pierwotny koszt osiągnięcia redukcji o 20 proc. - a to mniej niż 0,1 proc. unijnego PKB. Za opóźnienia płacimy też wysoką cenę - Międzynarodowa Agencja Energii ocenia, że każdy rok odkładania inwestycji w niskowęglowe źródła energii kosztuje 300-400 mld euro w skali globalnej.
Co więcej, koszty te wyliczono w oparciu o zachowawcze założenie, że w 2020 r. baryłka ropy naftowej kosztować będzie 88 dolarów. Jeżeli weźmiemy pod uwagę obecne ograniczenia inwestycyjne w sektorze naftowym, szybki wzrost konsumpcji w Azji oraz skutki wycieku ropy w Zatoce Meksykańskiej, ceny ropy mogą równie dobrze wzrosnąć jeszcze bardziej. Jeden ze scenariuszy MAE przewiduje, że cena za baryłkę może dojść do 130 dolarów. Wraz ze wzrostem cen ropy naftowej obniżą się koszty osiągnięcia jakichkolwiek celów, a według niektórych scenariuszy bezpośrednie skutki gospodarcze osiągnięcia redukcji emisji o 30 proc. w 2020 r. będą w sumie dodatnie. Dzięki niższemu zużyciu energii, a co za tym idzie niższemu importowi firmy i gospodarstwa domowe zaoszczędziłyby więcej pieniędzy, niż wyniósłby ten dodatkowy koszt poniesiony przez gospodarkę.
Musimy dać naszym firmom szansę wzrostu na własnym podwórku i jednoczesnego dalszego konkurowania na arenie międzynarodowej. Podwyższenie naszego celu do 30 proc. zamiast trzymania się obecnych 20 proc. spowodowałoby co najmniej dwukrotny wzrost rynków opartych na niskich emisjach. Znaczna część tego wzrostu przypadłaby na sektory o dużym zatrudnieniu, np. segment oszczędzania energii.