Biznes Ludzie Pieniądze

Król tanich zakupów zmarł. Co dalej z najtańszymi supermarketami w UE?

Bartosz T. Wieliński
02.08.2010 , aktualizacja: 03.08.2010 16:37
A A A Drukuj
Ze sklepiku matki stworzył jeden z największych koncernów handlowych Europy. Zmarł Theo Albrecht, założyciel Aldiego i jeden z najbogatszych ludzi w Niemczech.
Jedyne publiczne zdjęcie Theo Albrechta, wykonane w 1971 r. przed willą w Essen
AP/Roland Scheidemann
Jedyne publiczne zdjęcie Theo Albrechta, wykonane w 1971 r. przed willą w Essen
"Forbes" oszacował jego majątek na 17 mld dolarów. Był równie bogaty, co tajemniczy. Niemcy, choć co roku wydawali w Aldikach (tak niemiecka Polonia odmienia nazwę jego sklepów) miliardy euro, o założycielu wiedzieli niewiele. Najznamienitsi niemieccy menedżerowie lubią życie celebrytów, imprezy, towarzystwo młodych kobiet i zainteresowanie plotkarskiej prasy. Albrecht tym gardził, a od popularności stronił. - Nawet papież rozmawia z prasą, a Albrecht nie - irytowali się dziennikarze, a ich redakcje przez 40 lat musiały ilustrować teksty o nim ciągle tym samym zdjęciem.

W zeszłym tygodniu jego nazwisko obiegło Niemcy po raz ostatni. "Pogrążyliśmy się w żałobie po naszym założycielu. Theo Albrecht w wieku 88 lat zmarł w swoim rodzinnym Essen" - nekrolog takiej treści koncern Aldi zamieścił na swojej stronie internetowej. Ci, którzy spodziewali się pogrzebu z wielką pompą, który relacjonowałyby niemieckie media, musieli być rozczarowani. Nekrolog ukazał się dzień po tym, jak ciało Albrechta spoczęło w grobie. - Cały on - komentowała prasa.

Zaczęło się tuż po wojnie w Schonnebeck, górniczej dzielnicy Essen w Zagłębiu Ruhry. Theo i jego starszy o dwa lata brat Karl wrócili z amerykańskiej niewoli i przejęli prowadzenie sklepiku kolonialnego przy Huestrasse 89. Sklepik o powierzchni niecałych 40 m kw. do tej pory prowadziła matka. Gdy ich ojciec Karl podupadł na zdrowiu i nie mógł już pracować w kopalni, rodzinny interes stał się ich jedynym źródłem utrzymania. Ani Theo, ani Karl nie kończyli żadnych szkół, tajniki kupieckiego fachu podpatrzyli u rodziców. Ale wkrótce po przejęciu sklepu matki otworzyli w Schonnebeck drugi, większy sklep, a w 1950 r. byli właścicielami liczącej 13 placówek sieci sklepów spożywczych.

Interes szedł świetnie, bo podnoszące się z wojennych zniszczeń Niemcy przeżywały właśnie "cud gospodarczy". Ale też bracia słynęli ze swojej skromności i oszczędności. Jak porządni niemieccy kupcy bynajmniej nie przejadali zarobionych pieniędzy. Inwestowali też za swoje. W ciągu ponadpółwiecznej kariery w biznesie nie pożyczyli ani feniga.

W 1960 r. ich sklepy były już w każdy mieście Zagłębia Ruhry, a bracia zaczęli przymierzać się do ekspansji na całe Niemcy. Podzieli też firmę. Odtąd Theo miał robić interesy na północy Niemiec, Karlowi przypadło południe. Ale interes zaczął iść jak po grudzie. Do Niemiec z USA napłynęła moda na sklepy samoobsługowe. U Albrechtów klienci ustawiali się przy ladzie i czekali, aż ich obsłuży sprzedawca. Bracia nie zamierzali czekać, aż pójdą z torbami. Poszli za modą i uruchomili supermarkety. Ale te nie przynosiły spodziewanego zysku. Wówczas bracia zdecydowali się pójść pod prąd. Do swoich sklepów klienta postanowili przyciągać niską ceną.

"Najwyższa jakość jak najtaniej" - ten wymyślony przez Theo slogan stał się mottem sieci sklepów Aldi (skrót od Albrecht Diskount - Dyskont Albrechtów). Na pierwszy rzut oka nie było w tym nic nowego. W końcu każdy kupiec reklamuje się w podobny sposób. Albrechtowie stworzyli jednak pionierski system zarządzania sklepem, który faktycznie pozwalał redukować koszty i ceny. W przeciwieństwie do konkurencji wybór w Aldikach jest bardzo słaby. W sklepie jest zaledwie kilkaset produktów i niewiele z nich ma swój zamiennik. Można więc kupić tylko jeden rodzaj przecieru pomidorowego czy mąkę i cukier tylko od jednego dostawcy. Wszystko musi być tanie, więc część towarów jest gorszej jakości, szczególnie te sprzedawane pod własną marką. Nie inwestuje się w dekoracje, sklep rzadziej się sprząta i konserwuje, a personel nie marnuje czasu na rozpakowywanie towarów - leżą na spartańskich regałach w hurtowych opakowaniach. Początkowo w Aldikach nie było chłodni (prąd przecież kosztuje) ani cen na regałach (ekspedientki musiały znać je na pamięć). Ze względu na koszty przez długi czas w sklepach nie akceptowano kart płatniczych. Aldi przełamał się dopiero pięć lat temu.

Model dyskontu spożywczego sprawdził się błyskawicznie. Gdy zwykły niemiecki sklep na każde 100 marek utargu zarabiał kilkadziesiąt fenigów, to w Aldich zysk był sześć, a nawet dziesięć razy większy. Koszty były zaś kilka razy mniejsze niż w klasycznych sklepach. Gdy okazało się, że Zagłębiu Ruhry Aldiki są oblegane, dla braci Albrechtów otworem stanęły całe Niemcy.

Koncern rósł, ale Theo Albrecht pozostał skromnym kupcem. Jeszcze zanim otworzył pierwszy dyskont, stać go było na wielką posiadłość i limuzynę z kierowcą. Zamiast tego kupił skromną willę w Essen i jeździł starym mercedesem. W rodzinnym mieście był zupełnie nieznany. Nawet wszechwiedzący taksówkarze zagadywani o miliardera kręcili głowami.

Gdy wyjeżdżał w delegacje, w hotelach nie wynajmował apartamentów, tylko zwykłe pokoje. Nigdy nie odwiedzał krawców i nie zamawiał garniturów na miarę. Ubierał się tak skromnie, że gdy 29 listopada 1971 r. pod centralę jego firmy w Herten podjechali porywacze, zanim go obezwładnili, postanowili go wylegitymować. Noszący wytarty garnitur Theo Albrecht absolutnie nie wyglądał bowiem na poszukiwanego milionera.

Wówczas 17 dni spędził zamknięty w szafie. Porywacze zażądali 7 mln marek okupu. Dwie skrzynie z pieniędzmi przekazał im na ciemnej polnej drodze pod Düsseldorfem przyjaciel biznesmena biskup Essen Franz Hengsbach. Choć kilka lat później porywacze - adwokat z potężnymi karcianymi długami i notowany już włamywacz - wpadli w ręce policji, okupu nie udało się odzyskać. Albrecht walczył potem z fiskusem, by okup mógł odliczyć od podatku. Zgody jednak nie dostał. Wobec policji, która gorączkowo go szukała, był jednak niezwykle hojny. Funkcjonariuszom sprezentował 120 butelek szampana, 12 butelek wódki i dwie beczki piwa.

Jego fotografia, którą od 40 lat publikują gazety, powstała właśnie tuż po uwolnieniu. Więcej okazji do zrobienia zdjęcia już nie było. Trauma, jaką Albrecht przeżył podczas porwania, była tak duża, że zupełnie zerwał kontakty ze światem. Wkrótce razem z bratem cały majątek swoich spółek przekazali stworzonej przez siebie fundacji. Ta, kierując siecią dyskontów, miała zapewnić istnienie spółki i zabezpieczać finansowo rodziny Albrechtów.

Dziś Aldi Nord, którą kierował Theo, i Aldi Süd należąca do Karla mają w całym kraju prawie 4,5 tys. sklepów. Wiele firm, np. Lidl, skopiowało model dyskontu (prawie co drugi niemiecki sklep spożywczy działa w taki sposób), ale pozycja braci Albrecht za Odrą jest niepodważalna. Dwie spółki Aldi żyją ze sobą w przyjaźni i wspólnie negocjują z dostawcami, kupują nieruchomości oraz zarządzają nimi. Bracia podzieli między siebie Niemcy po połowie, a granicę między nimi żartobliwie nazwano "równikiem Aldi".

Podobno co tydzień powstaje nowy Aldi gdzieś poza Niemcami. W Europie jest ich ponad 7 tys. (w tym 42 w Polsce), są drugą co do wielkości siecią handlową kontynentu. Nie wszystkim się to podoba. W wielu krajach protestowano przeciwko aldizacji handlu, czyli polityce sprzedaży za jak najniższą cenę. Poza Europą Aldików działa przeszło tysiąc. Szczególnie dobrze biznes kręci się w USA. W dobie kryzysu biedniejący Amerykanie polubili tanie zakupy.

W Niemczech niskie ceny od lat ściągają do Aldików głównie niemiecką biedotę: bezrobotnych, imigrantów czy pochodzących ze Wschodu pracowników sezonowych. Właśnie dlatego jeszcze w latach 70. Niemcy z klasy średniej zakupy w dyskoncie uważali za hańbiące. Im gorzej wiodło się niemieckiej gospodarce, tym bogaci chętniej robili w Aldikach zakupy. Dziś szacuje się, że 98 proc. Niemców od czasu do czasu odwiedza dyskont. Za Odrą Aldiego darzy się wielkim zaufaniem, a marka dyskontu należy do najbardziej rozpoznawalnych. Złą renomą Aldi cieszy się za to wśród dostawców. Ceny i warunki dostawy koncern negocjuje bezwzględnie, za najmniejsze opóźnienie wlepia kary. Kilka lat temu psy na Aldim wieszali niemieccy producenci mleka, twierdząc, że koncern płaci im tak mało, że grozi im plajta.

Pod koniec lat 90. w Aldikach miała miejsce rewolucja. Obok tanich owoców pojawił się tani sprzęt elektroniczny. Ludzie był gotowi nocować pod sklepami, by kupić tani Aldi-PC. Choć fachowe czasopisma opisują tanią elektronikę z dyskontu jako szmelc, ludzie chętnie kupują tam komputery, notebooki czy odtwarzacze MP3. Koncern na niespożywczych artykułach wyrabia jedną piątą zysku. To dane szacunkowe, bo Aldi nie publikuje swoich wyników. Dwa lata temu firmy badające rynek szacowały, że zarobił 24 mld euro. W 2009 r. mimo kryzysu, który powinien być dla dyskontów złotym okresem, zyski spadły o blisko 5 proc. To efekt wojny cenowej Aldiego z jego głównym rywalem Lidlem.

Sam Theo Albrecht w latach 90. wycofał się z kierowania firmą. Kilka lat temu w ogóle przestał przychodzić na posiedzenia zarządu. Poświęcił się grze w golfa na własnym polu na malowniczej wyspie Föhr, uprawie orchidei i kolekcjonowaniu antycznych maszyn do pisania.

Wkrótce dowiemy się o jego życiu więcej. Bratanek Theo Albrechta, Karl Junior zapowiedział, że spisze historię Aldiego i jego założycieli. Jest pewne, że będzie się doskonale sprzedawać.

Podziel się

  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    99 głosów