O możliwej dymisji Grendowicza mówiło się w światku bankowym już od kilku dni, kiedy okazało się, że Rada Nadzorcza
BRE zwołała specjalne, nie planowane wcześniej posiedzenie. I rzeczywiście, w poniedziałek, po kilkugodzinnych obradach, rada nadzorcza zdecydowała o rozwiązaniu kontraktu z Grendowiczem.
Bank podał w komunikacie, że Grendowicza zastąpi Cezary Stypułkowski, niegdyś prezes grupy PZU, a obecnie przedstawiciel banku inwestycyjnego JP Morgan na Europę Środkową i Wschodnią. Do października, bo wtedy Stypułkowski obejmie stołek szefa BRE, bankiem porządzi jego obecny wiceprezes Wiesław Thor.
Według informacji "Rzeczpospolitej" powodem dymisji był narastający konflikt między Grendowiczem i niektórymi członkami rady nadzorczej. Sam Grendowicz nie chciał skomentować tych plotek. Nie wiadomo dlaczego w jego obronie nie stanął niemiecki akcjonariusz strategiczny BRE, niemiecka grupa Commerzbank. Podobno Grendowicz miał we Frankfurcie niezłe notowania. Co prawda w czasie kryzysu finansowego BRE wpadł w tarapaty związane ze złymi kredytami, jego zyski drastycznie spadły (w całym 2009 r. stopniały z 890 do 130 mln zł), ale udało mu się przeprowadzić dużą emisję akcji i poprawić rentowność. W pierwszym kwartale tego roku bank zanotował już 122 mln zł zysku.
Stypułkowski za Grendowicza Nie wiadomo o co dokładnie pokłócił się Grendowicz z członkami rady nadzorczej. Według naszych źródeł w banku członkowie dziesięcioosobowej rady nie chcieli dać prezesowi wystarczającej samodzielności w kierowaniu bankiem. Ponoć największym antagonistą Grendowicza był szef rady nadzorczej Maciej Leśny.
Na stołku prezesa BRE, trzeciej największej grupy bankowej w Polsce, zarządzającej m.in. mBankiem oraz Multibankiem, Grendowicz wytrwał zaledwie przez 2,5 roku. Jest już drugim z rzędu prezesem
BRE Banku, który odchodzi z banku przed końcem kadencji i w niejasnych okolicznościach. Wcześniej w ten sam sposób pożegnał się z BRE Sławomir Lachowski. W jego przypadku mówiło się o nieporozumieniach z niemieckim inwestorem strategicznym, Commerzbankiem. Lachowski chciał kontynuować rozwój mBanku za granicą, na co
Niemcy nie chcieli się zgodzić.
Inwestorzy giełdowi nie zdążyli w poniedziałek zareagować na dymisję prezesa, bo pierwsze nieoficjalne informacje na ten temat pojawiły się już po zamknięciu notowań. Akcjonariusze ocenią odejście Grendowicza dopiero na sesji we wtorek. Reakcja nie powinna być jednak tak nerwowa jak wtedy, gdy odchodził Lachowski i bank w jeden dzień stracił 10 proc. wartości rynkowej.
Grendowicz w mniejszym stopniu był utożsamiany z kreowaniem wizji rozwoju banku, niż Lachowski, który od zera stworzył internetowy mBank i usiłował rozpoczął jego ekspansję w Czechach i na Węgrzech. Poza tym wiadomo kto zastąpi odchodzącego prezesa. Cezary Stypułkowski ma opinię dobrego fachowca, z doświadczeniem wystarczającym, by poprowadzić tak duży bank, jak BRE. Nowy prezes nie może jednak liczyć na dużą swobodę działania - niemiecki właściciel oczekuje od szefów polskiego banku raczej dobrego zarządzania i kontroli jego finansów, niż wybujałych planów rozwoju.
Trudne życie prezesa Grendowicz od początku nie miał z niemieckim inwestorem łatwego życia. Kiedy w marcu 2008 r. zasiadłna stołku prezesa, Commerzbank mianował wiceprezesem Andre Carlsa, ktróry miał być jednocześnie szefem całego holdingu skupiającego aktywa Commerzbanku w Europie Środkowej.
Było to jawne wotum nieufności w stosunku do polskiego menedżmentu BRE. - Jak ma teraz wyglądać zarządzanie BRE? W poniedziałek Carls jako wiceprezes BRE będzie raportował do prezesa Grendowicza, a we wtorek Grendowicz będzie słuchał wytycznych Carlsa jako prezesa holdingu? - ironizowano w branży bankowej. Aferę zakończyła dopiero żółta kartka pokazana Niemcom przez polski nadzór bankowy, pod którego naciskiem Carls przeszedł do rady nadzorczej i dziś jest jej przewodniczącym.
Na kadencję Grendowicza przypadło też apogeum najgłośniejszego w dziejach polskiej bankowości konfliktu między instytucją finansową, a jej klientami. Odchodzący prezes miał zapewne swój udział w tym, że menedżment mBanku i Multibanku usiadł do stołu negocjacji z kilkutysięczną grupą zbuntowanych klientów, domagających się zmian nielegalnych, ich zdaniem, zapisów w umowach kredytowych. Udało się wynegocjować rozwiązanie, które - choć poddawane przez większość klientów w wątpliwość - było pierwszym tego typu kompromisem w historii branży bankowej w Polsce.
Czytaj też:
Konflikt Nabitych i BRE: decydujące starcie?