Takie opłaty to nic nowego - są ukryte w cenie zarówno odtwarzacza MP3, dysku twardego komputera, płyty
DVD, jak i ryzy papieru. Ich filozofia wynika z ustawy o prawie autorskim. Chodziło o to, by wilk był syty i owca cała - by konsumenci, korzystając z nowoczesnych technologii, mogli swobodnie kopiować utwory (muzykę, filmy czy książki), ale by wydawcom i twórcom nie działa się finansowa krzywda. Dziś w ich imieniu pieniądze pobierają organizacje zbiorowego zarządzania, potrącają sobie prowizję, z której żyją, resztę wypłacają twórcom lub wydawcom.
Spór o opłaty za cyfrówki jest jednak wtórny wobec problemu znacznie bardziej złożonego. Bo co minister kultury powie twórcom, którzy z opłat wprowadzanych wszak w ich imieniu nie zobaczą ani grosza?
Nowoczesne technologie nie oznaczają tylko tego, że konsument może coś łatwiej skopiować, a twórca coś stracić. Dostęp do internetu, darmowe programy do obróbki obrazu i dźwięku, dyktafon, kamera cyfrowa, aparat, YouTube. To są narzędzia, które z konsumentów i biernych odbiorców kultury czynią de facto... twórców i wydawców zarazem.
Absurdalna teza? Intuicyjnie czujemy, że Szymborska wielką poetką jest. A Kominek, jeden z najpopularniejszych polskich blogerów, którego czyta miesięcznie pewnie ponad 100 tys. internautów? W szkołach uczą o dziełach Picassa. A gdyby uczyli o internaucie o pseudonimie "mark12" (przykład fikcyjny), którego montaże na YouTubie oglądały miliony internautów?
Ustawa o prawie autorskim - co niektórym zabrzmi jak herezja - Szymborskiej od Kominka nie rozróżnia.
By być twórcą, nie muszą nas wielbić tłumy, nie muszą uznać autorytety, krytycy. Teksty nie muszą być publikowane w szanowanym magazynie, zdjęcia - wisieć w narodowej galerii. Nie musimy nawet na nich zarabiać. Teoretycznie twórcą jest i dumny tatuś, który zdjęcie nowo narodzonego syna wrzuci na Naszą-klasę. Nieostre, źle wykadrowane? Bez znaczenia.
System dziś działa tak, że jedni w obrocie tych opłat parapodatków uczestniczą, inni są zeń wykluczeni. Gdy trzy lata temu znany prawnik Piotr Waglowski (autor książki, od lat prowadzi serwis prawniczy, w którym opublikował kilka tysięcy tekstów) zapytał organizację Kopipol (zbiera pieniądze dla autorów dzieł naukowych i technicznych), jak może uzyskać wynagrodzenie, usłyszał, że nie ma takiej możliwości. Bo Kopipol nie jest w stanie stwierdzić rzeczywistego kopiowania utworów. Pieniądze wypłaca zaś, opierając się na mniej lub bardziej trafnych badaniach (tak z grubsza działają wszystkie organizacje zbiorowego zarządzania). W tych statystykach twórcy konsumenci są wyrzuceni poza nawias, bo oni w systemie redystrybucji opłat i parapodatków jako twórcy nie figurują.
Prowadzi to do sytuacji, w której dumny ojciec w cenie cyfrówki zapłaci podatek na rzecz twórców, ale sam jako twórca nic z niego mieć nie będzie. Bloger opłaci twórców w cenie dysku twardego komputera, na którym pisze, sam z tego podatku nic nie uszczknie.
Problem dystrybucji wynagrodzeń pomiędzy tak ujętą szeroką rzeszę twórców jest trudny, być może nierozwiązywalny. Bo nawet gdyby wyobrazić sobie sytuację, że wiadomo co do joty, ile razy skopiowano utwór Heya, a ile razy na dysku wydrukowano artykuł Waglowskiego (papier też jest z tego tytułu opodatkowany), to w systemie uwzględniającym wszystkich twórców wypłacane
wynagrodzenia byłyby groszowe. Być może tak niskie, że więcej kosztowałaby związana z nimi biurokracja.
Ale warto, wprowadzając nowe opłaty, mieć świadomość tej nierównowagi i zmieniającego się świata.