Leszek Baj: Nie podoba się panu krytyka ekonomistów przez premiera Tuska? Prof. Stanisław Gomułka: W liście otwartym zwróciłem uwagę tylko na dziwną argumentację premiera, że to rząd dba o interes „zwykłych ludzi”, a ekonomiści, ostrzegając przed zadłużaniem się państwa, działają z jakichś niejasnych pobudek.
Jak pan ocenia wieloletni plan finansowy zaproponowany przez rząd? - Na razie słyszymy ogólniki. Niepokoi mnie zaś to, czego premier Donald Tusk nie mówi. Oczekiwałbym od premiera wyraźnego sformułowania skali problemów polskich finansów publicznych. Moim zdaniem plan oszczędnościowy powinien opiewać na 50-60 mld zł. Nie chodzi o to, by taką sumą zmniejszyć deficyt sektora finansów publicznych w ciągu roku, ale np. w ciągu trzech lat. Pamiętajmy, że
deficyt budżetowy nie będzie się sam obniżał, gdy
wzrost gospodarczy będzie nawet na poziomie 3-5 proc. Musiałby być wyższy, a tego nie przewiduje nawet rząd.
Pana zdaniem brakuje jasnej deklaracji: oszczędzimy 60 mld zł? - Na razie to, co słyszeliśmy, to to, że podwyżka VAT przyniesie 5,5 mld zł. Ale nie wiem, jakie działania będą podjęte w kolejnych latach. Premier mówi tylko, że nie wyklucza kolejnej podwyżki VAT.
To czego pan oczekuje? - Chodzi o to, by wyjaśnić społeczeństwu, w jaki sposób zmniejszać deficyt. Obowiązkiem premiera jest przyznanie, że doszło do poluzowania
polityki fiskalnej. Zaczął je rząd PiS, a kontynuowało PO. Obowiązkiem premiera jest uprzedzić społeczeństwo, że jeśli teraz nie zostaną wprowadzone reformy, to silniejsze działania mogą być potrzebne tuż po przyszłorocznych
wyborach parlamentarnych.
Grozi nam scenariusz węgierski, utrata zaufania rynków finansowych? - Oczywiście, że nam grozi. W Europie pakiety oszczędnościowe są znacznie większe niż w Polsce. Istnieje spore ryzyko wzrostu kosztów obsługi zadłużenia. Ekonomiści ostrzegają przed skutkami zaniedbań i niewprowadzenia odpowiednich działań. Tymczasem rząd, wprowadzając kosmetyczne zmiany, pokazuje, że chce zyskać na czasie przed wyborami parlamentarnymi.