Biznes Ludzie Pieniądze

Kredyty walutowe mogą szkodzić

Stefan Kawalec, Andrzej Sławiński
04.08.2010 , aktualizacja: 05.08.2010 12:33
A A A Drukuj
Polska miała szczęście - kryzys zatrzymał nadmierny przyrost dewizowych kredytów hipotecznych i uniknęliśmy ostrej recesji. Dziś warto zawczasu zapobiec powtórce z tej sytuacji
Stefan Kawalec
Stefan Kawalec
Urząd Komisji Nadzoru Finansowego opublikował przed tygodniem projekt rekomendacji S dotyczącej udzielania przez banki kredytów hipotecznych. Pierwsze komentarze w tej sprawie wyrażają zaniepokojenie, że istotnie ograniczy to możliwość zaciągania kredytów hipotecznych. Ale nie można oceniać propozycji KNF, abstrahując od zagrożeń, jakie rodzi dla gospodarki duży udział kredytów walutowych w kredytowaniu gospodarstw domowych. Bynajmniej nie hipotetycznych.

Walutowe źródło recesji

To właśnie masowe udzielanie przez banki kredytów walutowych gospodarstwom domowym było główną przyczyną kryzysów bankowych i głębokich recesji w wielu krajach naszego regionu. Europa Środkowo-Wschodnia to dziś jedyny region świata, gdzie gospodarki wschodzące przeżywają poważne kłopoty. Dlaczego nie przeżywają ich gospodarki wschodzące w Ameryce Łacińskiej i w Azji? Ano głównie dlatego, że ani w Ameryce Łacińskiej, ani w Azji banki nie udzielały tak powszechnie kredytów walutowych gospodarstwom domowym.

W Ameryce Łacińskiej międzynarodowe banki założyły, że ich filie w tym regionie finansowały akcję kredytową głównie ze źródeł krajowych. Dzięki temu rosła ona tam proporcjonalnie do tempa wzrostu oszczędności krajowych. Gdy po upadku Lehman Brothers zamarł międzynarodowy rynek pieniężny, a wraz z nim znikł łatwy dostęp do zewnętrznego finansowania, nie wywołało to kryzysów płynności w tamtejszych systemach bankowych. Z kilkoma wyjątkami było tak również w Azji. Międzynarodowe banki nie przypadkiem przyjęły tak rozsądną strategię. Pamiętano, że główną przyczyną kryzysów walutowych w Ameryce Łacińskiej w latach 80. i w Azji Południowo-Wschodniej w latach 90. było to, że tamtejsze banki nadmiernie korzystały z krótkoterminowych pożyczek zagranicznych.

W Europie Środkowo-Wschodniej większość międzynarodowych banków stosowała odmienną strategię. Źródłem finansowania akcji kredytowej były przeważnie linie kredytowe od banków-matek lub pożyczki na globalnym międzybankowym rynku pieniężnym. Prowadziło to do oderwania się tempa wzrostu akcji kredytowej od tempa przyrostu oszczędności krajowych i niestabilnych boomów kredytowych. W Estonii w kilka lat ceny nieruchomości wzrosły o 600 proc. Po wybuchu kryzysu finansowego we wrześniu 2008 r. wiele banków w regionie straciło dostęp do zagranicznego finansowania. Przed falą kryzysów bankowych i walutowych obroniła Europę Środkowo-Wschodnią duża pomoc kredytowa MFW. Nie uchroniło to jednak regionu przed recesją. W niektórych krajach w 2009 r. spadek PKB sięgał nawet kilkunastu procent.

Polskę uratował kryzys

Przed wybuchem światowego kryzysu struktura bilansu polskiego systemu bankowego zmieniała się bardzo dynamicznie. Jeszcze w 2006 r. kwota kredytów stanowiła 80 proc. wartości depozytów bankowych. Rok później było to już 94 proc. W 2008 r. po raz pierwszy pojawiła się w polskim sektorze bankowym nadwyżka kredytów nad depozytami, czyli tzw. luka finansowania - relacja wartości kredytów do depozytów osiągnęła 108 proc. Wprawdzie i tak była to relacja w miarę zdrowa (w całej UE wynosiła średnio 140 proc.), ale trzeba pamiętać, że w ciągu zaledwie dwóch lat mieliśmy do czynienia z przyrostem aż o 28 pkt proc. Gdyby ówczesne tempo zostało utrzymane w kolejnych latach, luka finansowania u nas szybko stałaby się większa niż jej średnia wielkość w UE. Polski sektor bankowy pokrywał ją kredytami zagranicznymi, a przyczyną jej powstania był szybki wzrost kredytów walutowych. W latach 2006-08 relacja ich wielkości do PKB zwiększyła się z 8 do ponad 16 proc.

Polska z opóźnieniem, lecz w szybkim tempie podążała wytyczoną przez inne kraje europejskie drogą do niezdrowych i ryzykownych relacji w bilansie sektora bankowego. Gdyby ta tendencja nie została zatrzymana w 2008 r. i luka finansowa oraz udział kredytów walutowych w PKB zwiększałyby się nadal, to polskiej gospodarce groziłoby podobne załamanie, jakiego doświadczyły inne kraje naszego regionu (np. kraje bałtyckie).

Wiele z tych krajów, przekonawszy się, jak miażdżące mogą być skutki masowego udzielania kredytów walutowych, zaczyna wprowadzać znacznie surowsze ograniczania w możliwości ich zaciągania, a np. Węgry ogłosiły, że zakażą ich całkowicie. Bardzo rygorystyczne obostrzenia dotyczące kredytów walutowych wprowadziła Austria - jedyny kraj starej Unii, gdzie kredyty walutowe miały znaczący (30 proc.) udział w kredytowaniu gospodarstw domowych. Austriacki nadzór bankowy jeszcze w 2009 r. ogłosił, że banki, które udzielają kredytów walutowych, nie będą w stanie przekonać nadzoru, iż rozważnie zarządzają ryzykiem.

Przejście Polski przez globalny kryzys bankowy suchą nogą rodzi ryzyko, że możemy nie doceniać zagrożeń, jakie wiążą się z dużym udziałem kredytów walutowych w ogólnej wielkości kredytów dla gospodarstw domowych. Tym bardziej że w dyskusji w zasadzie nie uwzględnia się najważniejszego - makroekonomicznego - wymiaru tych zagrożeń. Trzeba pamiętać, że im większy jest udział kredytów walutowych, tym mniejszy jest wpływ zmian stóp procentowych banku centralnego na ogólne tempo wzrostu akcji kredytowej banków. Na Węgrzech już od 2004 r. cały wzrost kredytów dla gospodarstw domowych przypadał na kredyty dewizowe. Narodowy Bank Węgier w praktyce stracił już wtedy możliwość wpływania zmianami stopy procentowej na tempo wzrostu akcji kredytowej. Podobnie stało się w Rumunii i Serbii, dokładnie z tego samego powodu.

Wnioski z bolesnych doświadczeń innych krajów trzeba wyciągać już dzisiaj i nie liczyć na to, że w przyszłości ponownie udałoby się nam uniknąć kłopotów. Po dołku w końcówce 2008 r. banki znów coraz chętniej udzielają kredytów hipotecznych i co więcej - ponownie zaczynają łagodzić kryteria ich udzielania.

Jeśli nie ograniczymy znacznie roli kredytów walutowych w kredytowaniu gospodarstw domowych, bank centralny nie będzie miał w przyszłości możliwości skutecznego kontrolowania tempa wzrostu akcji kredytowej, a w wypadku odcięcia od zagranicznego finansowania lub znacznych wahań kursu nie tylko banki i kredytobiorcy, lecz cała gospodarka będzie narażona na poważne wstrząsy.

Pierwszy krok w dobrą stronę

W 2009 r. kredyty walutowe stanowiły w Polsce średnio 65 proc. portfela kredytów mieszkaniowych, a w niektórych bankach udział kredytów walutowych jest bliski 100 proc., dlatego wprowadzenie przez KNF 50-proc. pułapu udziału kredytów walutowych w portfelu kredytów hipotecznych banków byłoby rozsądnym przejściowym kompromisem, który chroniłby gospodarkę.

Podkreślamy, że proponowane rozwiązanie powinno być traktowane jako pierwszy krok. KNF powinna monitorować skutki wprowadzonej regulacji i w razie potrzeby być gotowa do jej modyfikacji i wprowadzania rozwiązań idących dalej. Długofalowym celem powinno być nie tyle stopniowe obniżanie procentowego udziału kredytów walutowych w całkowitym portfelu kredytowym, ile udziału kwoty kredytów walutowych w PKB. Wielkość potencjalnych strat sektora bankowego związana z kredytami walutowymi w przypadku nagłego odcięcia od finansowania lub załamania kursu zależy bowiem od całkowitej kwoty tych kredytów, a dotkliwość strat dla gospodarki zależy od ich wielkości w stosunku PKB.

Źródłem finansowania kredytów walutowych są zaciągane przez banki pożyczki zagraniczne. W interesie Polski jest, by oszczędności zagraniczne były wykorzystywane przede wszystkim na finansowanie inwestycji i modernizację naszej gospodarki. Wykorzystywanie ich jako ważnego źródła finansowania kredytów hipotecznych skończyłoby się u nas wcześniej czy później niestabilnym boomem kredytowym i niepohamowanym wzrostem deficytu handlowego, tak jak było w wielu krajach.

Dodajmy, że boomy na rynkach budowlanych w innych krajach oznaczały, że rosnąca część zasobów gospodarczych trafiała do sektora charakteryzującego się niską wydajnością. Boomy budowlane przyniosły także nadmierną presję płacową. Oba czynniki powodowały tak silny wzrost jednostkowych kosztów pracy, że nawet gospodarka Irlandii - do niedawna celtycki tygrys - traciła ostatnio szybko konkurencyjność na rynku globalnym.

Krytyka projektu nowej rekomendacji S zaczyna i kończy się na tym, że ograniczałoby to możliwości zaciągania kredytów hipotecznych. Zgadzamy się z tym, że nowo rodząca się w Polsce coraz bardziej liczna i coraz bardziej zamożna klasa średnia powinna mieć możliwości zaciągania kredytów hipotecznych. Nie zgadzamy się jednak z tym, że należy w tym celu obrać drogę ryzykowną, która grozi zepchnięciem gospodarki ze ścieżki zrównoważonego wzrostu. Tu potrzebna jest zupełnie inna dyskusja - o tym, jak usprawnić funkcjonowanie rynku budowlanego w Polsce.

*Stefan Kawalec - prezes zarządu firmy doradczej Capital Strategy, były wiceminister finansów.

**Andrzej Sławiński - profesor SGH, doradca przewodniczącego KNF, był członkiem RPP w poprzedniej kadencji.

Tekst wyraża wyłącznie prywatne poglądy autorów

Podziel się

  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    19 głosów