Posłowie nie debatowali, nie przedstawiali własnych propozycji, a co najwyżej bawili się wątpliwej jakości bon motami. Posłanka Anita Błochowiak z Lewicy (skądinąd magister ekonomii) żądała, by rząd podał dane dotyczące zadłużenia państwa, wysokości deficyt budżetowego i ściągalności podatków. Minister finansów odesłał ją, całkiem słusznie, do strony internetowej ministerstwa, gdzie wszystkie te dane są dostępne.
Reprezentująca PiS Beata Szydło twierdziła, że proponowany przez rząd wzrost VAT spowoduje, że tysiące rodzin nie będzie stać na zakup podręczników szkolnych. To argument na poziomie tabloidu, a nie wiceprzewodniczącej sejmowej komisji finansów publicznych. Może ceny podręczników wzrosną, a może nie, bo zapobiegnie temu choćby konkurencja. Ale to pyłek w porównaniu z wagą problemu, jakim jest stan finansów państwa.
Rząd zapowiedział pakiet działań, które mają utrzymać
dług publiczny na bezpiecznym (zdaniem rządu) poziomie. Propozycje te można, a nawet trzeba krytykować, ale poważny polityk powinien określić, co proponuje w zamian. Może zamiast wzrostu górnej stawki VAT lepiej ujednolicić stawki na poziomie 19 proc. i tym samym mieć w
budżecie więcej pieniędzy, a przy okazji uprościć system podatkowy? Może zamknąć oczy i nie przejmować się rosnącym długiem, licząc na to, że za kilka lat
wzrost gospodarczy sam wszystko rozwiąże? A może przeciwnie - ciąć wydatki i określić precyzyjnie jakie?
Ale posłowie opozycji albo byli do debaty zupełnie nieprzygotowani, albo przez debatę rozumieją uprawianie taniej propagandy.
Rząd, nie mając w opozycji partnera do dyskusji, wystawiony jest na pokusę zupełnego nieliczenia się ze zdaniem innym niż własne. Premier i minister finansów przedstawili wczoraj zaledwie zarys planu finansowego na najbliższe lata, który budzi poważne zastrzeżenia ekonomistów. Są one znacznie poważniejsze i lepiej udokumentowane niż te, które prezentują posłowie PiS i SLD. Rząd, któremu brakuje w Sejmie merytorycznej opozycji, powinien te głosy potraktować poważnie.