Deficyt finansów publicznych rozrósł się do astronomicznej sumy 80 mld zł,
dług publiczny grozi przekroczeniem progu ostrożnościowego 55 proc. Rząd unika jednak jakichkolwiek daleko idących reform, a w przyjętym wieloletnim planie finansowym zaplanował, że będzie sytuację opanowywał tylko na tyle, na ile niezbędne to będzie do dalszego prześlizgiwania się pod progiem 55 proc.
- Nie mam złudzeń, że plan - choć traktuje o sprawach gospodarczych - jest podporządkowany polityce. Obecna doktryna brzmi: "Nie zrobimy nic, co ludzi zaboli", choć rząd doskonale zdaje sobie sprawę, jak wielkie jest zagrożenie katastrofą finansową i równie doskonale wie, co w takiej sytuacji należałoby robić - ocenia Janusz Jankowiak, główny ekonomista Polskiej Rady Biznesu.
Relacja długu do
PKB dopiero w 2013 roku ma wynieść mniej niż 54 proc. W ciągu najbliższych lat nie uda nam się bowiem długu zbić, będzie on przyrastał rocznie o kilkadziesiąt miliardów. Jedyna pociecha, że z roku na rok kwota ta będzie mniejsza (w 2013 roku już "tylko" o 40 mld zł, osiągając poziom bliski biliona).
Eksperci wątpią, czy uda się osiągnąć 4,8-proc. tempo wzrostu PKB w 2012 roku. Jeśli tylko coś pójdzie nie tak (gospodarka dostanie zadyszki,
złoty nie będzie się umacniał, w Europie kryzys wejdzie w kolejną fazę i
eksport przestanie zachwycać), rząd będzie musiał szukać awaryjnego rozwiązania.
Rząd zarzeka się, że planowana podwyżka VAT, która ma dać budżetowi dodatkowe 5 mld zł, będzie zaordynowana tylko na trzy lata, chyba że wciąż realna będzie groźba, że dług publiczny przekroczy próg 55 proc. Wtedy będzie potrzebna kolejna podwyżka VAT, a może i jeszcze jedna. Wprawdzie premier twierdzi, że taki scenariusz wyklucza, ale ekonomiści są pewni, że za rok problem będzie w pełnym rozkwicie.
- Tak naprawdę to plan na rok. W 2011 r. o tej samej porze rząd będzie stał przed dużo większym dylematem - co robić? Mam nadzieję, że wówczas nie zdecyduje się podwyższać podatków, bo to tylko przydusi nasz wzrost gospodarczy i utrudni wyjście z dołka - mówi Ryszard Petru, główny ekonomista
BRE Banku.
Zdziwienie ekonomistów tym bardziej budzi fakt, że wówczas będziemy na finiszu kampanii wyborczej. - Nie dziwię się, że premier i jego ministrowie nie mają zapału do reform dziś. Ale nie mogę się nadziwić, że ktoś taki jak minister finansów Jacek Rostowski opracował dokument, który jest tak pasywny. Jakby nie widział się już w tym rządzie za rok - łapie się za głowę jeden z ekspertów.
Janusz Jankowiak spekuluje, ze jedyne, na co rząd liczy, to wynegocjowanie z Brukselą w ciągu najbliższych 12 miesięcy zmiany definicji długu publicznego. - Wówczas będziemy ekonomicznie w tym samym miejscu, ale już nie będzie nad głową wisiała groźba przekroczenia progu ostrożnościowego i będziemy mogli ze spokojem pokazywać na inne państwa, których długi publiczne przekraczają 100 proc. PKB - stwierdza.