Są dwa sposoby przeprowadzania radykalnych reform budżetowych. Można to robić albo w sposób planowy, albo pod naciskiem sytuacji kryzysowej. Ten pierwszy sposób jest oczywiście lepszy, tyle że rządy - mówiąc językiem Miltona Friedmana - ulegają tyranii status quo. Działają w sposób rutynowy i jeśli nic ich nie zmusza do działań niepopularnych, to ich nie podejmują. Dlatego bez silnej kontroli wydatków i nieustannej weryfikacji, na co państwo powinno pieniądze wydawać, a na co nie, w państwowych budżetach niespodziewanie pojawiają się dziury. Ale w ostatnich latach deficyty rosły nie tylko dlatego, że państwo zbyt słabo kontrolowało wydatki, ale z powodu świadomej polityki zadłużania.
W końcu 2008 r., gdy widmo finansowego kryzysu krążyło po świecie, niemal wszystkie rządy sięgnęły po narzędzia polityki keynesowskiej - zwiększyły wydatki budżetowe i deficyty, uważając to za cnotę. W 2009 r. deficyt sektora finansów publicznych w Unii Europejskiej (łącznie wszystkie kraje) sięgnął poziomu 6,8 proc. PKB, gdy rok wcześniej wynosił tylko 2,3 proc., a w roku 2007 r. zaledwie 0,8 proc.
Ale to nie Europa, ale Stany Zjednoczone i
Chiny stały się liderami polityki stymulowania gospodarki. Na początku 2009 r. Kongres
USA zaaprobował tzw. pakiet stymulacyjny Obamy przewidujący ulgi podatkowe warte 275 mld dol. oraz wydatki rzędu (544 mld dol.), które miały pobudzić popyt wewnętrzny. Niektóre wydatki miały uzasadnienie (np. ogromna dotacja dla szkół lokalnych), ale decyzje podejmowano w atmosferze, która nie sprzyjała dyscyplinie fiskalnej. Na przełomie roku 2008 i 2009 w administracji amerykańskiej zwyciężyło przekonanie, że im więcej rząd wyda, tym lepiej dla gospodarki. W roku 2009 deficyt budżetu federalnego wyniósł przeszło 1,4 bln dol., czyli 9,9 proc. PKB, a według prognoz w roku bieżącym przekroczy 1,5 bln dol., czyli ponad 10 proc. PKB.
Chiny, które mają ogromne rezerwy walut obcych, tradycyjnie wysoką stopę oszczędności i zrównoważony budżet, w obliczu kryzysu również zaczęły wydawać ogromne sumy. W listopadzie 2008 r. rząd chiński zapowiedział, że wyda na stymulowanie gospodarki 4 mld renminbi, czyli 586 mld dol. Świat przyjął chiński program stymulacyjny z entuzjazmem, choć nie ma dokładniejszych danych, na co pieniądze te wydano. Są natomiast liczne poszlaki, że spora część pieniędzy została zmarnotrawiona, przejęta przez lokalne grupy interesu lub posłużyła do prowadzenia polityki dumpingowej. Według znanej anegdoty Keynesa nawet absurdalne wydatki państwa (np. zakopywanie i odkopywanie złotych monet) służą wzrostowi. Ale to spojrzenie krótkowzroczne. Źle wydane pieniądze wcześniej czy później sprawią problemy.
Polska nie musiała podejmować specjalnego pakietu stymulacyjnego, gdyż uchwalone wcześniej cięcia podatków i składek rentowych weszły w życie, zanim świat zaczął się obawiać kryzysu. Ich łączna wartość to około 40 mld zł, czyli 3 proc. naszego PKB. Mniej niż w USA, lecz jak na nasze warunki to całkiem spora suma.
Ekonomiści lobbujący za pakietem stymulacyjnym (np. Paul Krugman w USA) tłumaczyli, że dzięki niemu recesja zostanie przezwyciężona i państwowa kasa szybko napełni się pieniędzmi. Dług publiczny nie jest zatem problemem. Rzeczywistość okazała się mniej optymistyczna. Gospodarka amerykańska zaczęła rosnąć (w tempie 2-3 proc. rocznie), ale bezrobocie utrzymuje się na rekordowo wysokim poziomie 9,5 proc. i nie spada.
Stany Zjednoczone są w sytuacji innej niż Europa. Po pierwsze, wciąż znajdują się na świecie chętni do kupowania papierów dłużnych rządu USA, po drugie zaś, papiery te może kupować Fed - amerykański
bank centralny. Ameryka nie zbankrutuje. Co najwyżej na długi czas pogrąży się w inflacji, zepsuje swoją gospodarkę i zainfekuje gospodarkę światową. Ale Europa musi liczyć się z większymi ograniczeniami budżetowymi. Kryzys grecki pokazał, że bankructwo kraju, a nawet całej strefy euro, nie jest wyłącznie ekonomiczną fantazją.
W Europie śladami Stanów Zjednoczonych poszedł rząd brytyjski, który stymulował gospodarkę tak mocno, że w roku 2009 budżet zanotował deficyt na poziomie 11,5 proc. PKB. Dało to Brytyjczykom trzecie miejsce w Europie - po Irlandii i Grecji. Efekt dla koniunktury nie jest oszałamiający. Wzrost według prognoz wyniesie w tym roku 1,4 proc., a bezrobocie utrzymuje się na wysokim jak na Wielką Brytanię poziomie blisko 8 proc.
Wielu ekonomistów podważa dziś ekonomię keynesowską. Zwracają uwagę na związek między poziomem wydatków państwa (zwłaszcza socjalnych) i poziomem deficytu a bezrobociem. Recepta keynesowska, nawet jeśli prowadzi do chwilowego złagodzenia recesji, nie sprzyja wzrostowi zatrudnienia.
Ale nie tylko z tego powodu rządy z niepokojem patrzą na rozdęte deficyty i rosnący
dług publiczny. Przykłady Grecji, Węgier, a także Hiszpanii i Portugalii pokazują, że cierpliwość rynków finansujących dług publiczny ma swoje granice. Europa musi więc oszczędzać, co nie jest zadaniem łatwym, gdyż pakietu stymulacyjnego nie można tak po prostu wyłączyć. Wiele wydatków wynika z ustawowych zobowiązań państwa, które były podjęte w czasach dobrej koniunktury. Europa bardziej niż inne regiony świata odczuwa problemy demograficzne, które - niezależnie od pakietów stymulacyjnych - zmuszają do równoważenia budżetów. Im szybciej poradzi sobie z gigantycznymi deficytami i długiem publicznym, tym lepiej.
Cięcia wydatków i równoważenie finansów należy traktować jako inwestycję w przyszły rozwój. Inwestycje kosztują i być może kraje europejskie będą musiały zaakceptować przez rok lub dwa niższy wzrost, a nawet ponowną recesję. Ale bez zrównoważenia finansów będziemy dreptać powolutku, gdy reszta świata rosnąć będzie w tempie ponad 5 proc. rocznie.