Można - a nawet należy! - marzyć o liberalnym ideale sytuacji fiskalnej: wydatki państwa ograniczone do niezbędnego minimum, niskie podatki wystarczające do sfinansowania takich wydatków, nadwyżki budżetowe w okresach dobrej koniunktury, umiarkowany i stabilny dług publiczny, a w konsekwencji brak presji w sferze potrzeb pożyczkowych państwa.
Bezwzględnie trzeba się lękać sytuacji fiskalnej tworzonej przez populistów: wydatki państwa nieustannie zwiększane w imię wyimaginowanych często potrzeb socjalnych i przekonywanie społeczeństwa, że sposób na finansowanie tych wydatków sam się znajdzie (np. za sprawą gwałtownego przyspieszenia wzrostu gospodarczego) albo za wszystko zapłaci ktoś inny (np. przyszłe pokolenia), i że w związku z tym podnoszenie podatków nie jest konieczne. Konsekwencją takiej polityki jest coraz głębsze zadłużanie państwa, a przykłady Węgier i Grecji dowodzą, że jej ostateczny efekt stanowi faktyczne bankructwo, które tylko powierzchownie udaje się maskować dzięki pomocy Międzynarodowego Funduszu Walutowego.
Polska ani nie jest fiskalnym ideałem, ani nie stoi bezpośrednio w obliczu niewypłacalności. Znajdujemy się - jak większość współczesnych gospodarek - w jakimś punkcie pomiędzy tymi skrajnościami. Na ile jest to położenie bezpieczne? Absurdem byłoby twierdzić, że trwające od 2007 r. osłabienie koniunktury światowej nie odbiło się negatywnie na polskich finansach publicznych. Utrzymaliśmy wprawdzie wzrost gospodarczy, ale jego anemiczny charakter odzwierciedlił się w słabych dochodach budżetowych - w efekcie już w 2008 r. deficyt sektora finansów publicznych wzrósł do 3,6 proc. PKB, a skumulowany dług publiczny do 47,1 proc. W roku 2009 było znacznie gorzej - deficyt sięgnął 7 proc., a dług publiczny przebił barierę 50 proc. Wszystko wskazuje na to, że ten rok nie przyniesie tak dramatycznego pogorszenia wskaźnika deficytu jak w latach 2008-09, ale nie ma także podstaw, by oczekiwać jego wyraźnej poprawy. W konsekwencji dług publiczny może podnieść się w okolice 55 proc. PKB, a koszty jego obsługi będą dalej rosły (w 2008 r. wyniosły 25,1 mld zł, w 2009 - 30,6 mld, a w tym roku można je szacować na 34,9 mld zł).
Potencjalna cena rosnącej nierównowagi
Już obecnie obsługa długu publicznego to prawie 12 proc. wydatków budżetu państwa. Dzieje się tak w sytuacji, gdy Polska postrzegana jest przez rynki finansowe jako kraj wiarygodny, gdy agencje ratingowe utrzymują oceny naszego kraju na niezmienionym poziomie (chociaż zaczynają wydawać ostrzegawcze pomruki), a średnia rentowność polskich obligacji już od kilku lat pozostaje stabilna w stosunkowo wąskim przedziale 5,5-6,5 proc. Gdyby jednak utrzymywanie się wysokiego deficytu i wzrost długu publicznego zostały potraktowane przez świat globalnych finansów jako istotne zagrożenie dla polskiej równowagi makroekonomicznej, może się dokonać głęboka przecena naszych papierów skarbowych i wzrost ich rentowności, a w konsekwencji koszty obsługi długu mogą gwałtownie pójść do góry. Kiedy rentowność podnosi się o 3-4 pkt proc. lub więcej (a takie doświadczenia mieli Węgrzy i Grecy), przyrost kosztów obsługi długu w skali rocznej wyraża się w miliardach (w warunkach polskich należałoby się liczyć z kwotą przekraczającą 20 mld zł, a to byłoby bardzo silnym ciosem w finanse publiczne). Choćby z tego powodu należy więc przekonywać, że jesteśmy w stanie powstrzymać narastanie nierównowagi. I jest to zadanie pilne!
Wydatki czy dochody?
Kiedy narasta dysproporcja dochodów i wydatków, naturalna sugestia płynąca ze strony ekonomistów sprowadza się do postulatu: "Zaciśnijmy pasa!". Redukcja wydatków na poziomie budżetu państwa i budżetów samorządowych miałaby stanowić antidotum na rosnącą nierównowagę. Postulat jest trafny, ale jego realizacja żmudna, a efekty oddalone w czasie.
• Dosyć rozpowszechnione jest przekonanie, że sytuację fiskalną mogłaby uzdrowić likwidacja KRUS i tym samym wstrzymanie dotacji na ten cel. Entuzjastom tego rozwiązania warto przypomnieć, że za KRUS kryją się ogromne obszary wiejskiej nędzy - spośród około 1,5 mln gospodarstw rolnych w Polsce ponad 200 tys. stanowią gospodarstwa jednohektarowe, które nie wykazują żadnego dochodu. A dalszych 700 tys. to gospodarstwa niewiele większe, gdzie miesięczny dochód z działalności rolniczej nie przekracza tysiąca złotych. Oczywiście są też gospodarstwa powyżej 50 ha, w przypadku których korzystanie z KRUS-owskich przywilejów nie ma żadnego uzasadnienia, ale takich jest 20 tys. Wyłączenie z KRUS tych najbogatszych, to jednak oszczędności rzędu 100 mln zł, a nie miliardy. Modernizację KRUS trzeba bezwzględnie przeprowadzić, ale nie przywróci ona równowagi w skali całego sektora finansów publicznych.
Becikowe wypłacane wszystkim rodzicom, w tym bardzo zamożnym, nie ma żadnego społecznego uzasadnienia i trzeba jak najszybciej wprowadzić limit dochodowy. Jednak w Polsce rodzi się ok. 400 tys. dzieci rocznie, wydatki państwa z tego tytułu to 400 mln zł. Wyłączenie z tego świadczenia rodziców najzamożniejszych to zaledwie 100-150 mln zł. Znów - nie miliardy.
Zasiłek pogrzebowy w Polsce wynosi 6487 zł i 20 gr i czyni nas europejskimi rekordzistami w tym zakresie, bo stanowi 200 proc. średniego miesięcznego wynagrodzenia. Na dodatek jest co kwartał waloryzowany (ostatnio 1 marca 2010 r. - o 259 zł i 48 gr.) Samo zniesienie mechanizmu waloryzacji oznaczałoby oszczędności w wysokości ok. 360 mln zł rocznie i najpewniej należy je przeprowadzić, ale to i tak nie załata budżetowej dziury.
Reforma emerytur służb mundurowych bezwzględnie trzeba ją wdrożyć - możliwość zakończenia pracy po 15 latach z zachowaniem 40-proc. ostatniego wynagrodzenia wydaje się w obecnych warunkach trudna do utrzymania. Jeśli jednak reforma ma dotyczyć tylko nowo zatrudnionych, to jej prawdziwe efekty pojawią się dopiero w latach 2030-44!
• W ostatnich latach przeciętna liczba osób pobierających emerytury wzrastała o ponad 200 tys. rocznie. Można szacować, że wydłużenie wieku emerytalnego choćby tylko o jeden rok powinno pozwolić na zredukowanie dotacji budżetowej do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych o 4-5 mld zł (obecnie wynosi ona 30,5 mld zł). To już jest kwota, o którą warto walczyć.
Chciałbym być dobrze zrozumiany - wszystkie powyższe przykłady działań po stronie wydatków publicznych uważam za potrzebne! Jednak efekty tych, które są możliwe do przeprowadzenia w krótkim czasie, w większości ograniczają się do setek milionów. Z kolei te, które mogą dać miliardy oszczędności, wymagają czasu znacznie dłuższego. Polsce zaś miliardy potrzebne są zaraz. Jeśli trudno je znaleźć po stronie ograniczania wydatków, pozostaje zastanowienie się nad sposobami zwiększenia dochodów. Bez tego Polska może mieć kłopoty z udowodnieniem swojej stabilności fiskalnej.
Paradoks składki rentowej
Pod koniec rządów PiS-Samoobrony-LPR i na początku rządów PO-PSL przeprowadzono sporo zmian w polskich finansach, których jakość i efekty okazały się ogromnie zróżnicowane. Było rozwiązanie trafne polegające na obniżce stawek PIT. Było rozwiązanie o dobrych intencjach, ale niezbyt precyzyjnie zaadresowane, czyli wprowadzenie ulgi prorodzinnej (wielodzietne rodziny o najniższych dochodach nie płacą podatków na tyle wysokich, by w pełni ulgę wykorzystać). Było rozwiązanie co najmniej dyskusyjne, za jakie przychodzi uznać becikowe. Ale było też rozwiązanie zadziwiające, czyli obniżenie składki rentowej. Sejmowe głosowania i terminarz wprowadzenia tej obniżki wskazują, że pospołu są za nie odpowiedzialne koalicje wspierające oba ostatnie rządy.
Obniżenie składki rentowej było zadziwiające z dwóch powodów:
• przeprowadzono je bez jakichkolwiek zmian po stronie świadczeń systemu rentowego - najwyraźniej zakładano, że w celu pokrycia całości potrzeb system będzie się finansował z innych źródeł niż składka. Gdy poniewczasie próbowano ratować sytuację, dopasowując poziom świadczeń do obniżonego poziomu składki, ustawę zawetował prezydent Lech Kaczyński;
• składkę obniżano pod hasłem redukcji tzw. klina podatkowego i poprawiania sytuacji na rynku pracy, ale najwyraźniej zapomniano, że redukcja klina polega na zmniejszeniu kosztów dla pracodawców, nie na obniżaniu składki wnoszonej przez pracowników - obniżając składkę z 13 do 6 proc. zdjęto aż 5 pkt proc. po stronie pracobiorców, a zaledwie 2 pkt po stronie pracodawców (pierwotnie obie strony wnosiły po 6,5 proc. składki, a dzisiaj obciążenie po stronie pracobiorcy wynosi 1,5 proc., zaś po stronie pracodawcy - 4,5 proc.).
W obecnych warunkach 1 pkt proc. składki odpowiada 3,6-3,8 mld zł w finansowaniu systemu rentowego. Ubytek 7 pkt proc. oznacza więc dodatkowe wyzwanie dla budżetu w wysokości blisko 26 mld zł.
Sytuacja na rynku pracy wymaga, by klina podatkowego nie tylko ponownie nie podnosić, ale dalej go obniżać. Ale mam na myśli prawidłowo rozumiany klin podatkowy, a więc udział w składce wnoszony przez pracodawców!