Biznes Ludzie Pieniądze

Niech rząd zostawi banki w spokoju

Leszek Balcerowicz
09.08.2010 , aktualizacja: 09.08.2010 22:07
A A A Drukuj
- Krok, który ma prowadzić do wzrostu wpływów polityki w naszym sektorze bankowym, jest narażeniem polskiej gospodarki na dodatkowe, niepotrzebne ryzyko - mówi ?Gazecie? prof. Leszek Balcerowicz
Leszek Balcerowicz
Leszek Balcerowicz
Maciej Samcik: Po pańskim tekście w "Gazecie", w którym krytykował pan plan zakupu banku BZ WBK przez PKO BP, odezwały się krytyczne głosy ekonomistów i analityków. Zarówno zarząd, jak i resort skarbu podkreślają, że jest to projekt biznesowy, którego inicjatorem jest zarząd banku. A państwo jako akcjonariusz jedynie deklaruje, że będzie "wspierało dobre projekty biznesowe".

Leszek Balcerowicz: Nie powiedziałem, że to jest plan polityczny, choć trudno zakładać tu bierną rolę politycznych nadzorców, czyli państwowych właścicieli. Nawet gdyby było tak, że zarząd samodzielnie wychodzi z taką koncepcją, to przecież ostatecznie decyzja w tej sprawie jest w rękach ministra skarbu albo jego zwierzchnika. A więc w rękach polityków.

Powiedziałem, że ta transakcja doprowadzi do wzrostu sfery upolitycznienia w gospodarce. Gdyby do niej doszło, przedsiębiorstwo, które już znajduje się pod wpływem polityki, czyli PKO BP, rozciągnie swoje wpływy na przedsiębiorstwo prywatne. I to w bardzo wrażliwej części gospodarki, jaką jest sektor bankowy.

Czy zarząd PKO BP nie ma prawa mieć własnych pomysłów na wzrost wartości banku? Tak po prostu, bez związku ze zwiększaniem lub zmniejszaniem wpływów polityki w sektorze bankowym?

- Nie można ulegać magicznemu myśleniu (albo udawać Greka), że jeżeli spółka jest notowana na giełdzie i ma różnych akcjonariuszy, to przestaje się liczyć to, kto ma w niej ostateczną władzę. Z tego wynikałoby, że wystarczy, by minister nazwał się walnym zgromadzeniem, i już przestaje być politykiem, a zaczyna być kapitalistą, który kieruje się rachunkiem ekonomicznym. Według tego rozumowania wystarczyłoby przekształcić przedsiębiorstwo państwowe w jednoosobowe spółki skarbu państwa, aby z socjalizmu zrobić kapitalizm! Takie myślenie prawnicy nazywają, o ile pamiętam, fetyszyzmem prawnym.

Jeśliby pójść dalej tym tropem, należałoby powiedzieć, że taka firma, jak PKO BP, w której państwo ma 51 proc. udziałów, nie ma prawa przeprowadzić żadnej transakcji, by wzmocnić swoją pozycję na rynku. Zawsze pojawi się zarzut, że jednocześnie prowadzi to do wzrostu upolitycznienia w gospodarce. Dlaczego odebrać PKO BP możliwości rozwoju, wzrostu wartości dla akcjonariuszy?

- Rząd, który myśli strategicznie, powinien dostrzegać, że dla stabilności i tempa rozwoju gospodarki ma wielkie znaczenie to, ile przedsiębiorstw podlega wpływom polityków. Im więcej, tym gorzej. To jest elementarz empirycznej ekonomii. Jeśli na szczeblach rządowych nie dostrzega się tego, że ta transakcja rozszerzałaby sferę wpływu polityki, to znaczy, że w tych sferach nie myśli się strategicznie. I to w sytuacji, w której Polska ma według danych Światowej Organizacji Pracy znacznie większy udział własności państwowej w gospodarce niż inne kraje OECD. W Polsce w przedsiębiorstwach będących w sferze wpływów państwa pracuje 16 proc. zatrudnionych, w Wielkiej Brytanii - blisko 1,5 proc. Pod tym względem wyprzedzamy Bułgarię (10,9 proc.), Czechy (7,7 proc.), a nawet Grecję (15 proc.).

A jednocześnie w Polsce zbyt wolne jest tempo prywatyzacji, choć dostrzegam pewne jego przyspieszenie w ostatnich kilkunastu miesiącach. Za dużo jest jednak zarazem pseudoprywatyzacji, czyli przejmowania jednych państwowych spółek przez inne firmy państwowe. Mówi o tym ostatni raport FOR. I w tej sytuacji minister skarbu i jakaś część rządu poświęcają energię na przygotowanie kroku do tyłu, czyli - de facto - nacjonalizacji!

Ale może trzeba wykonać jeden krok do tyłu, by później zrobić dwa do przodu?

- Nie wiem, czy cytaty z Lenina są właściwe, zwłaszcza w tej sytuacji... A może właśnie do niej pasują?

Mówię poważnie! Wzmocnienie dziś pozycji PKO BP, zwiększenie potencjału banku, jego udziału w rynku może w przyszłości pozwolić na sprywatyzowanie go na znacznie lepszych warunkach i za znacznie większe pieniądze. Może rząd ma właśnie taki długoterminowy, strategiczny plan?

- To proszę spytać o to przedstawicieli rządu. Na razie to jest spekulacja, która - gdyby była prawdziwa - oznaczałaby próbę sięgania lewą ręką do prawego ucha. Kraj, w którym jest za dużo wpływu polityki na gospodarkę, powinien ten wpływ redukować. A szczególnie rząd, który chce się pozytywnie odróżniać od opozycji.

Pan z definicji zakłada złe intencje polityków...

- Nie! Tu nie chodzi o charakter polityków, ale o bodźce. Polityk podlega innym bodźcom niż prywatny właściciel. Musi dbać o popularność, często na krótką metę, w związku z tym nie będzie podejmował działań trudnych, ale potrzebnych gospodarce. Więcej energii poświęci tym działaniom, które mogą mu przynieść bieżącą popularność, np. aby w jego okręgu wyborczym wybudować szpital albo fabrykę, albo peron kolejowy. Albo zapewnić posady swoim zwolennikom. Nie jest przecież przypadkiem ta karuzela stanowisk w przedsiębiorstwach państwowych podległych politykom. Dlatego z przykrością patrzę, jak powoli spada upolitycznienie polskiej gospodarki, a już zupełnie nie mogę zaakceptować tego, że ktoś chce je zwiększać! Własność państwowa zatruwa zarówno gospodarkę, jak i politykę.

Tyle że to właśnie ten zły, upolityczniony PKO BP był w czasie kryzysu jedynym bankiem, który - w odróżnieniu od wszystkich pozostałych, kontrolowanych przez kapitał zagraniczny - pełną parą udzielał kredytów firmom deweloperskim, finansował małe i średnie firmy.

- Nieprawda, nie był jedynym bankiem. Ważniejsze jest jednak to, że na podstawie jednego epizodu nie można kwestionować wyników międzynarodowych badań, z których wynika, że im więcej własności państwowej w sektorze bankowym, tym większe ryzyko kryzysu. Jest wiele przypadków, gdy mówiono: "A nas to nie dotyczy, a u nas będzie inaczej, że my będziemy wyjątkiem..." a potem dorobili się problemów.

Ależ właśnie w czasie ostatniego kryzysu u nas było inaczej! Polski, w połowie państwowy bank wspierał polską gospodarkę. Zagraniczne, w pełni prywatne banki tego nie robiły.

- Jak już powiedziałem, zachowywały się różnie. Ale to właśnie owo "wspieranie" gospodarki przez upolitycznione banki - prędzej czy później - smutno się kończy: dorabiają się złych kredytów. Politycy interwencjoniści marzą o tym, aby móc sterować kredytem bankowym. Nie widzę żadnych powodów, by kwestionować wyniki badań mówiących, że im więcej własności państwowej, czyli upolitycznionej, w sektorze bankowym, tym większe jest ryzyko kryzysu.

Ale nie sposób nie zauważyć, że ostatnio to głównie prywatne banki zagraniczne, które mają dominujący udział w polskim sektorze bankowym, wpadały w tarapaty finansowe...

- Zwróciłem na to uwagę w moim artykule w "Gazecie". Ale z tego nic nie wynika. Istotą rzeczy jest bowiem to, że trzeba porównać, jak często wpadają w kryzys banki podlegające wpływom polityki w porównaniu z bankami bez politycznych właścicieli. Badania Banku Światowego pokazują, że to pierwsze ryzyko jest zdecydowanie większe. A obecny światowy kryzys dostarczył mocnego potwierdzenia tej tezy.

Podziel się

  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    38 głosów