Państwo z przytupem wróciło do gospodarki. Na całym świecie banki są ratowane za publiczne pieniądze, koncerny motoryzacyjne de facto nacjonalizowane (tak jak amerykański GM), a rządy zaczynają podejmować "strategiczne decyzje dla strategicznych branż" (to cytat z prezydenta USA Baracka Obamy w 2009 roku). Nadaktywność rządów na rynku staje się wręcz karykaturalna: w lipcu 2009 r. francuski państwowy fundusz inwestycyjny (Fonds Stratégique d'Investissment) dał 2,2 mln euro na ratowanie... Meccano, producenta metalowych zabawek dla chłopców. - Czy naprawdę produkcja zabawek jest strategiczna dla Francji?! - kpiły wówczas francuskie media.
- Czy rządy, które wchodzą do gospodarki, nauczyły się na swoich błędach z przeszłości? - pyta tygodnik "The Economist" w jednym ze swoich ostatnich wydań. - Przecież kolejne doświadczenia państw bogatych uczą, że tworzona przez państwa "polityka przemysłowa" się nie sprawdza.
Te ostrzeżenia są jednak jak groch o ścianę. Rządy zachodnioeuropejskie zdają się być zahipnotyzowane tym, co dzieje się w Chinach, Indiach i innych dużych państwach rozwijających się. Dziewięć z 30 największych firm świata to przedsiębiorstwa pochodzące z tych krajów. I tak się składa, że cała dziewiątka ma dominujący udział państwa w akcjonariacie.
"Stara" Europa też by tak chciała. Najwyraźniej nie pamięta, co się działo w latach 70. i 80., gdy rządy były przekonane, że wiedzą lepiej niż rynek. Ówczesne strategie przemysłowe kończyły się tak jak przypadek francuskiego przemysłu elektrotechnicznego albo brytyjskiego przemysłu samochodowego. Kto dziś pamięta o firmach British Leyland, Bull albo Sagem? Nikt. A wpompowano w te firmy publiczne miliony.
Rządy najwyraźniej nie chcą też pamiętać, co zdarzyło się w latach 60. w Japonii, gdy ówczesne superpotężne ministerstwo handlu i infrastruktury (MITI) oznajmiło, że Honda (wtedy młody producent motocykli) nie może wejść na rynek produkcji samochodów. - Japonia nie potrzebuje dodatkowego producenta aut - uzasadniali biurokraci. (Założyciel japońskiej firmy Soichiro Honda wyznał później we wspomnieniach: - Jakież ja bym sukcesy mógł osiągnąć, gdyby nie MITI...).
Państwowe firmy giganty, które dziś wskazuje się jako przykłady sukcesów państwowej własności, stały się konkurencyjne dopiero wtedy, gdy dopuszczono do nich (przez przynajmniej częściową prywatyzację) kapitał prywatny. I rzucono je na szerokie wody konkurencji - przypomina "The Economist". Tak było choćby z brazylijskimi gigantami - Petrobasem (koncern naftowy) i Embraerem (producent samolotów).
Polska pod prąd
Na tym światowym tle Polska znów wyrasta na wyjątek i płynie pod prąd, zupełnie jak w 2009 r., gdy byliśmy jednym z dwóch państw Unii, które nie wpadły w recesję.
Rząd właśnie przygotowuje się do największej w skali całej Unii Europejskiej prywatyzacji - chce zebrać 50 mld zł do 2013 r. (wliczając w to przychody z bieżącego roku). Te przychody mają być kluczowym elementem w planie naprawy finansów publicznych. Jedynym chyba wyjątkiem jest tu PKO BP, które jawnie wspierane przez rząd chce odkupić od Irlandczyków akcje prywatnego BZ WBK. Ale i w tym przypadku rząd nie wyklucza, że udział państwa w akcjonariacie banku będzie się dalej kurczył. Dalsza prywatyzacja PKO BP jest wprost wymieniona w planie naprawy finansów.
Inaczej niż zachodnioeuropejscy koledzy polski minister skarbu nie stawia pytania: "Jak budować państwowe molochy?", ale "Jak prywatyzować Pocztę Polską, spółki kolejowe i kopalnie?".
Czy ma rację? Czy właśnie teraz jest czas, żeby te państwowe molochy sprzedać? I tak, i nie. Podstawowy kłopot polskiego rządu polega na tym, że prywatyzacja państwowych gigantów jest mocno spóźniona.
- Kopalnie powinny być sprywatyzowane! I to w całości, nie tylko częściowo. Życzę ministrowi skarbu, żeby wreszcie do tego doprowadził, bo ostatnie sześć lat pod tym względem zostało zmarnowane - mówi "Gazecie" Janusz Steinhoff, były wicepremier i minister gospodarki (w rządzie Jerzego Buzka odpowiadał za górnictwo), obecnie przewodniczący rady Regionalnej Izby Gospodarczej w Katowicach. - Najlepszy czas na sprzedaż spółek węglowych był w 2002 r., kiedy one nie miały już długów [bo zostały zlikwidowane dzięki gigantycznej pomocy publicznej], a na świecie panowała hossa na węgiel - dodaje.
Zdaniem Steinhoffa prywatyzacja jest ostatnim kołem ratunkowym dla polskiego górnictwa. - Ona niesie za sobą dużo większe możliwości inwestycyjne. A kopalnie bez inwestycji nie przeżyją - ostrzega.
Obecnie eksploatowane złoża węgla powoli się kończą. Rocznie fedruje się z nich ok. 70 mln ton węgla energetycznego. Główny Instytut Górnictwa ostrzega: jeśli kopalnie nie zainwestują w nowe pokłady, to w 2030 r. wydobycie spadnie poniżej 40 mln ton.
Kłopot w tym, że to będzie kosztowało ponad 19 mld zł - według dzisiejszych obliczeń.
Państwo takich pieniędzy kopalniom nie da. Z dwóch powodów: raz, że nie ma (takich wydatków nie udałoby się pogodzić z naprawą finansów publicznych), dwa, że nie zgodzi się na to Komisja Europejska. Pomoc publiczna dla spółek górniczych jest już zabroniona. W europejskich realiach w przypadku kopalni sprawdza się więc teza "The Economist": państwo dla tych spółek byłoby złym gospodarzem.
Pieniądze może dać tylko prywatny kapitał. - I dlatego załogę można do prywatyzacji przekonać. Państwo nie musi być właścicielem kopalń, żeby móc realizować wytyczoną politykę gospodarczą. W zupełności wystarczy do tego funkcja regulacyjna - uważa Steinhoff.
Były wicepremier zgadza się z opinią obecnego kierownictwa Ministerstwa Gospodarki, że przynajmniej dwie duże spółki górnicze są już gotowe do prywatyzacji - Jastrzębska Spółka Węglowa oraz Katowicki Holding Węglowy. Steinhoff zastrzega jednak, że bardziej korzystne dla skarbu państwa byłoby stworzenie na bazie JSW koncernu koksowniczo-górniczego, np. poprzez dodanie do JSW np. kombinatu koksowniczego z Zabrza. To nie zajmie dużo czasu - podkreśla Steinhoff - a zwiększy wartość sprzedawanego majątku.
Obecna wycena spółek węglowych nie powala. Jak szacuje MSP, kapitał własny Jastrzębskiej Spółki Węglowej (22,5 tys. pracowników) to 3,44 mld zł, a Katowickiego Holdingu Węglowego (19,7 tys. zatrudnionych) - 1,39 mld zł.
Lepiej nie próbować wyceniać wartość tych spółek wedle wypracowanego zysku. O ile KHW miał w 2009 r. 89,2 mln zł zysku, o tyle JSW - już 345 mln zł straty.
Było sprzedawać monopol, a nie jego resztki
- Prywatyzacja spółek kolejowych? Dobry pomysł. Ale spóźniony - ocenia Adrian Furgalski, analityk rynku kolejowego z firmy doradczej TOR. - O prywatyzacji PKP Cargo, PKP InterCity mówi się od dziesięciu lat. I w wypadku Cargo właśnie w okolicach 2001-2002 r. tę firmę trzeba było sprzedać. Bo wtedy miała jeszcze monopol na rynku, wówczas wycena wynosiła ok. 3 mld dol. - dodaje Furgalski.
Dziś monopolu już nie ma (i już nigdy nie będzie, także dlatego, że prawo unijne tego zakazuje), a rynkowa pozycja PKP Cargo (ponad 40 proc. udziałów w przewozach towarowych koleją) jest skutecznie podgryzana przez coraz mocniejszych konkurentów.
Nie bardzo wiadomo, kto dziś mógłby być zainteresowany kupnem PKP Cargo. - Instytucje finansowe są bardzo sceptyczne co do kolei. A jakiegokolwiek inwestora branżowego zainteresowanego PKP Cargo na pewno będzie odstręczało to, że na rynku już teraz jest obecny największy europejski przewoźnik kolejowy Deutsche Bahn Schenker - przypomina Furgalski. Samo DB pewnie kupnem PKP Cargo nie byłoby zainteresowane, bo ma swój własny plan "podboju" polskiego rynku transportowego - i konsekwentnie go realizuje. Już przejęło prywatnego przewoźnika PCC Rail (około 10 proc. udziałów w rynku). Wkrótce DB może złożyć ofertę na kupno kolejowej spółki przewozowej Lotos (koncernu paliwowego).
A to tylko pierwsza przeszkoda. Wszystkich potencjalnych inwestorów paraliżuje także to, że nie wiedzą - bo administracja państwowa nie potrafi im tego powiedzieć - jakie będą w kolejnych latach stawki opłat za wykorzystanie infrastruktury. Dziś każda spółka kolejowa musi płacić Polskim Liniom Kolejowym za wykorzystanie tras kolejowych. Ale ile to będzie w przyszłości? Wiadomo - mówi ekspert TOR - że w 2011 r. ma być podwyżka opłat. A co w kolejnych latach? Nikt tego nie wie. A przecież opłaty za dostęp do torów to lwia część kosztów działalności. Bez ich wiarygodnej prognozy nie da się oszacować wartości Cargo, nie da się przygotować prospektu emisyjnego - co wyklucza debiut giełdowy tej spółki.
Z kolei o prywatyzacji PKP InterCity w ogóle już nie ma co mówić (chyba że rząd zdecydowałby się oddać spółkę za symboliczną złotówkę).
- Ta firma potrzebuje pilnej naprawy, a nie sprzedaży. Dziś PKP InterCity nie radzi sobie nawet z tak słabą konkurencją, jak połączenia oferowane przez Przewozy Regionalne - ocenia Furgalski. Nie mówiąc już o stratach finansowych, jakie InterCity poniosła w 2009 r. - prawie 77 mln zł.
W tych warunkach możliwa wydaje się prywatyzacja tylko dwóch małych spółek kolejowych: PKP Energetyka (dostarcza prąd do sieci kolejowej, ostatnio także zawarła kontrakty z klientami spoza kolei) oraz Przedsiębiorstwa Napraw Infrastruktury. Tyle tylko, że ich prywatyzacja raczej na pewno nie przyniesie więcej niż 1 mld zł. Mało, zważywszy na potrzeby finansów publicznych. - Ale o prywatyzacji trzeba przestać tylko mówić. Trzeba wreszcie ją zacząć - konkluduje Steinhoff.