Tydzień temu w magazynie "Biznes Ludzie Pieniądze" opublikowaliśmy subiektywny przegląd najdziwniejszych, najgłupszych lub po prostu najbardziej pomysłowych prowizji, które można znaleźć w bankowych tabelach opłat. W panteonie prowizyjnych sław znalazła się m.in. 200-złotowa prowizja za kwitek dla skarbówki o spłaceniu kredytu oraz 110-złotową opłatą za 100-eurowy przelew z jednego polskiego banku do drugiego.
Poprosiliśmy czytelników o nadsyłanie innych ciekawych kwiatków w taryfach opłat. I w ciągu kilku kolejnych dni nadesłaliście mnóstwo nowych propozycji do kolejnych odcinków naszego przeglądu. Jest wśród nich m.in. 40-złotowa opłata "za administrowanie saldem zadłużenia", gdy owo saldo zadłużenia wynosiło... raptem 20 zł, pięciozłotowa prowizja za zlecenie przelewu, który ma być wykonany z datą przyszłą oraz stówka za wystawienie prostego zaświadczenia potrzebnego do ulgi odsetkowej przy kredycie hipotecznym.
Do tej pory wszelkie rekordy w nakładaniu na klientów dziwnych, niespotykanych u konkurencji prowizji pobił Bank Spółdzielczy w Słupcy. Klient tegoż banku odkrył, że bank pobiera od klientów prowizję za... wpływy na rachunek! Jej minimalny próg to 4 zł, a maksymalny - 40 zł. Czytelnik przesłał skan tabeli opłat i prowizji banku w Słupcy. A z niej można wywnioskować, że bank doi swoich klientów rolników, ile wlezie.
Prowizja za założenie rachunku "Farmer" - 10 zł. I to w czasach, kiedy żaden szanujący się bank nie każe sobie płacić za założenie konta ani grosza! Za prowadzenie rachunku - 3 zł miesięcznie. Przelew na konto w obcym banku - 3 zł. Za likwidację rachunku - 20 zł. Za zlecenie stałe - 4 zł. Bank bierze też pieniądze za zastrzeżenie karty oraz za nieuzasadnioną reklamację - 45 zł.
Wasze propozycje wciąż napływają. Najwięcej z nich dotyczy horrendalnych opłat za wszelkiego rodzaju kwitki, zaświadczenia, potwierdzenia, które potrzebujemy z banków, by załatwić sprawę urzędową albo po prostu przenieść zadłużenie, kartę, konto do innego banku.
- Ubiegałem się o kredyt hipoteczny i aby zwiększyć swoją zdolność kredytową, składając wniosek, zlikwidowałem kartę kredytową w Banku Millennium. Kilka podpisów i sprawa załatwiona. Pani w banku z uśmiechem na twarzy informuje, że kredytówki już nie ma. Myślę świetnie. Pozostaje więc czekać, na decyzję o kredycie na własne M. - pisze pan Marek z Warszawy, pracownik jednej z rozgłośni radiowych.
Czytelnik czekał tydzień, drugi, trzeci, miesiąc, sześć tygodni - decyzji o kredycie brak. Wreszcie dostał informację z banku: - Wszystko zatwierdzone, ale by kredyt mógł zostać przyznany, musi pan przynieść zaświadczenie o rezygnacji z karty kredytowej w Millennium - powiedział pracownik. - Myślę: nic prostszego. Lecę do banku i mówię: Potrzebuję zaświadczenia, że nie mam już u was karty kredytowej - opowiada pan Marek. Pani w okienku z tym samym co kiedyś uśmiechem na twarzy odpowiedziała: - Ależ oczywiście, ale będzie kosztowało 50 zł - oświadczyła pani. I zaraz dodała: - Zadzwonię w przyszłym tygodniu i poinformuję pana, na jakim etapie jest wydawanie kwitka.
To, że bank potrzebuje tydzień na wydanie prostego zaświadczenia, dotyczącego produktu finansowego, który klient posiadał w banku zaledwie kilka tygodni wcześniej, może dziwić. Ale najgorsze jest, że żąda za to 50 zł prowizji. - Kiedy wciskali mi kartę, to żadnych prowizji nie brali. Wszystko było w promocji, za darmo - żali się czytelnik. Cóż, ostatnie pożegnanie musi kosztować. Zwłaszcza w banku.
Napisała też do mnie pani Kornelia. "Właśnie spłaciłam kredyt w Raiffeisen Banku i poprosiłam o wystawienie zaświadczenia o spłacie kredytu. Bank za jedną kartkę papieru z podpisem i pieczątką pobrał sobie 60 zł prowizji! Kiedy pierwsza irytacja minęła, pomyślałam, że powinnam się cieszyć. W końcu mogli wziąć 100 albo 200 zł. Wiadomo, że nikt z klientów nie prosi o to zaświadczenie dla własnego widzimisię tylko dlatego, że potrzebuje go dla jakiejś innej instytucji finansowej, więc przymuszony zapłaci" - pisze pani Kornelia. Ma pani rację, mogło być gorzej. Grunt to pozytywne myślenie.
I jeszcze sygnał od pani Magdy z Francji. - W czerwcu urząd skarbowy zwrócił się do mnie z prośbą o jakąś informację dotyczącą moich przepływów na koncie bankowym sprzed dwóch lat. Mam konto w BZ WBK. Do niedawna historia rachunku do pięciu lat wstecz była dostępna w internetowym serwisie banku. Teraz, niestety, można przeglądać historię tylko do roku wstecz. Za wydruk starszych danych trzeba już zapłacić - 10 zł za miesiąc, czyli 120 zł za rok! - mówi pani Magda. Niestety, czytelniczka nie miała pewności, kiedy zleciła operację, której potwierdzenia potrzebuje. Musiała zapłacić 180 zł prowizji za dane z 18 miesięcy.
Znaleźliście jakąś głupią, dziwną, a może po prostu bardzo pomysłową prowizję bankową? Piszcie na adres maciej.samcik@agora.pl oraz finanse@wyborcza.biz! O potyczkach klientów z bankami czytajcie też w gazetowym blogu Macieja Samcika: www.samcik.blox.pl oraz w serwisie www.wyborcza.biz/finanse