Do tej coraz bardziej istotnej gałęzi internetowego biznesu
Google nie ma szczęścia. Dwa lata temu koncern zrezygnował m.in. z wirtualnego świata Lively, który miał być odpowiedzią na Second Life. Niedawno zamknął Google Wave, skrzyżowanie internetowego komunikatora, e-maila i narzędzi do współpracy na dokumentach. A Buzz, czyli klon Twittera, cieszy się umiarkowaną popularnością. W zasadzie broni się jedynie należący do koncernu serwis Orkut, największy serwis społecznościowy w Brazylii.
Ale z wejścia na ten rynek Google nie rezygnuje. W ciągu ostatniego miesiąca przejął udziały w trzech firmach związanych z serwisami społecznościowymi, wydając na nie blisko 500 mln dol. Co znamienne, każda z tych trzech spółek ma coś wspólnego z grami, w które można grać np. na... Facebooku, gdzie konto ma ponad pół miliarda użytkowników. Facebook to zarazem największy rywal Google'a w sieci.
Ostatnie przejęcia wskazują na to, że Google może budować zalążek konkurenta dla Facebooka. W sobotę koncern ujawnił, że przejmuje spółkę Jambool (nieoficjalnie za 70 mln dol.), której głównym hitem jest Social Gold. To wirtualna waluta pozwalająca internautom płacić np. za dodatkowe gadżety w grach. Jambool ma też oprogramowanie, które pozwala innym obsługiwać wirtualne płatności.
Zaledwie tydzień wcześniej Google zapłacił ok. 200 mln dol. za Slide, producenta aplikacji i gier wykorzystywanych w serwisach społecznościowych - m.in. w Facebooku czy MySpace. A miesiąc temu Google kupił mniejszościowy pakiet w firmie Zynga, twórcy najpopularniejszych gier na Facebooku, jak "Farmville" czy "Mafia Wars". W
gry Zyngi miesięcznie grywa ok. 200 mln osób z całego świata.
Ukłon Google'a w stronę rozrywki jest nieprzypadkowy - rynek gier społecznościowych bardzo szybko rośnie, w tym roku przychody producentów wyniosą ok. 835 mln dol. i będą prawie dwukrotnie wyższe niż w 2009 r. (dane Inside Social Games).
Według doniesień dziennika "The Wall Street Journal" gry miałyby być tylko jednym z elementów nowego serwisu społecznościowego, który planuje Google. Koncern tych pogłosek nie komentuje. - Świat nie potrzebuje kopii tej samej rzeczy - tak na pytanie, czy serwis Google może przypominać Facebooka, odpowiadał dziennikarzom Eric Schmidt, prezes koncernu.