W II kwartale
gospodarka Niemiec wzrosła o 2,2 proc. w skali kwartału i 4,1 proc. w skali roku. Głównym motorem napędowym był
eksport - w czerwcu jego wartość sięgnęła 86,5 mld euro, co oznacza wzrost o 28,5 proc. rok do roku. Jednak większość ekspertów jest zgodna, że zbyt duże uzależnienie niemieckiej gospodarki od handlu zagranicznego może się szybko odbić czkawką. -
Niemcy muszą popracować nad popytem wewnętrznym. Nie wszyscy mogą eksportować towary, ktoś jeszcze musi je kupować w kraju - mówi Andrew Bosomworth z
funduszu inwestycyjnego Pimco.
Problem jest poważny: wzrost gospodarczy Niemiec i tak zwolni na skutek przyjętego przez gabinet kanclerz Angeli Merkel planu oszczędnościowego o wartości 80 mld euro, co z pewnością nie pobudzi niemieckiej konsumpcji. Oszczędności dotknęły też wielu pracowników wielkich koncernów, gdzie obniżono pensje. W dodatku eksport stanowi aż 41 proc. niemieckiego PKB, dla porównania, w Japonii to 13 proc., a w
USA - tylko 11 proc.
Postawę niemieckiego rządu, który obcinając deficyt, zapowiedział dalsze obniżki pensji w sektorze publicznym, by zwiększyć konkurencyjność ich gospodarki, krytykuje wielu ekonomistów, m.in. George Soros. Według niego Niemcy blokują w ten sposób szanse na ożywienie gospodarcze i zwiększenie konkurencyjności pogrążonych w kryzysie Hiszpanii, Grecji i innych krajów.
Ale są też tacy, którzy się z nim nie zgadzają. - Udało nam się zbudować jedną z najbardziej konkurencyjnych gospodarek świata, dlaczego mielibyśmy to niszczyć przez podnoszenie płac? To doprowadziłoby tylko do wzrostu bezrobocia - odpiera zarzuty Thomas Mayer, główny ekonomista Deutsche Banku.