Rząd przyjął w środę "Stanowisko ws. przyszłości Polityki Spójności po 2013 roku". To strategiczny dokument, który opisuje, jakiej pomocy unijnej
Polska oczekuje w przyszłości.
Ten dokument będzie jedną z podstaw w negocjacjach, które rząd będzie prowadził w sprawie kolejnego
budżetu Unii na lata 2014-20. Rozmowy zapowiadają się ciężko. Wiele krajów starej Unii chce ograniczyć wpłaty do budżetu UE, a mniejszy budżet oznacza mniejszą politykę spójności.
Dziś jest na szczęście inaczej. Korzystamy z budżetu na lata 2007-13. Polska stała się największym w Unii Europejskiej odbiorcą funduszy europejskich, bo mamy zarezerwowane aż 67 mld euro (czyli około 250 mld zł). W tym roku z tej kwoty zamierzamy wydać i rozliczyć 30 mld zł, a w przyszłym co najmniej 51 mld zł. - Jesteśmy pewni, że przyszłoroczne wydatki będą rekordem w historii Unii Europejskiej - twierdzi minister rozwoju regionalnego Elżbieta Bieńkowska.
A ile Polska chciałaby dostać z kolejnego budżetu Unii? Oficjalnie nikt kwot nie podaje. Nieoficjalnie przedstawiciele rządu mówią: Co najmniej tyle, ile w obecnej "siedmiolatce". Ostrożnie liczą na 65-70 mld euro.
Jednak nie sama kwota jest najważniejsza. Rząd chce, żeby po 2013 roku unijne pieniądze były dzielone i wydawane na innych zasadach niż obecnie.
Przyjęta w środę koncepcja polskiego rządu - opracowana w Ministerstwie Rozwoju Regionalnego - na 12 stronach dokładnie opisuje, jakich zmian życzylibyśmy sobie w unijnej Polityce Spójności (taka jest oficjalna nazwa funduszy europejskich). Chcemy m.in.:
* żeby każde państwo członkowskie Unii mogło samo dokonywać wyboru priorytetów, na które wydaje unijne wsparcie. W polskim przypadku takim priorytetem byłaby infrastruktura transportowa i telekomunikacyjna. Na te priorytety - proponuje rząd - można by wydawać do 70 proc. całej przyznanej pomocy unijnej;
* żeby w
budżecie funduszu utworzyć specjalne, dodatkowe rezerwy, które byłyby przekazywane tym krajom, które (np. w trzy lata od uruchomienia pomocy) najlepiej radziły sobie z wykorzystaniem unijnego wsparcia;
* by zachowany został obecny podział na regiony biedne i bogate. I tak jak dziś, regiony biedne miałyby dostać największą pulę pieniędzy;
* ale jednocześnie rząd chce, by te fundusze, które dziś są osobnymi bytami prawnymi (np. Europejski Fundusz Rozwoju Regionalnego i Europejski Fundusz Dostosowania do Globalizacji), połączyć w jedno. - Im mniej różnych szufladek, tym lepiej - przekonuje rząd;
* kreśląc wizję unijnej polityki spójności, rząd PO-PSL nie zapomniał o swoich żelaznych elektoratach. Proponuje zwiększenie wydatków z Polityki Spójności na wieś, ale także na odłożenie specjalnej puli pieniędzy na rozwój największych miast (tzw. rewitalizacja);
* rząd proponuje, żeby w kolejnej odsłonie Polityki Spójności można było w większym stopniu korzystać z zaliczek. Dziś lwia część pieniędzy spływa na zasadzie refundacji, co stwarza ogromne kłopoty
budżetowi państwa (który musi wykładać z góry pieniądze na duże inwestycje).
Jakie są szanse, że te propozycje z rządowego "Stanowiska" mają szanse na akceptację w Brukseli i innych unijnych stolicach? - Polskie propozycje wydają się sensowne - mówi "Gazecie" Janusz Lewandowski, komisarz ds. budżetu w Komisji Europejskiej. Ale zaraz ostrzega: w polskich propozycjach brakuje chyba jednego kluczowego elementu, który pozwoli obronić duży budżet Unii - i hojną dla Polski Politykę Spójności. - Najważniejsze jest to, żeby Polityka Spójności była naprawdę europejska, adresowaną do wszystkich, a nie tylko jałmużną dla ubogich sąsiadów ze Wschodu - mówi. - Klimat w Europie jest taki, że na stole trzeba położyć dobrą ofertę także dla wschodnich regionów Niemiec i dla Hiszpanii.