Europa powoli wychodzi z największej recesji gospodarczej od czasów wielkiego kryzysu z lat 30. ubiegłego wieku. W wielu państwach UE recesja doprowadziła do głębokich deficytów fiskalnych. Rządy często przymuszane do tego przez rynki finansowe wprowadzają oszczędności, często niepoprzedzone głębszymi analizami. Czy takie samo podejście powinno być zastosowane w przypadku wspólnego budżetu? Moim zdaniem nie.
Przegląd zasad budżetu UE, który będzie miał miejsce na jesieni, oraz negocjacje budżetu na lata 2014-2020 powinny być rzeczową debatą o zadaniach UE i przyszłości jej polityk, zakresie interwencji publicznej w ramach tych polityk oraz o obecnych i przyszłych wyzwaniach.
Dyskusja ta nie powinna polegać na wyznaczaniu odgórnych limitów wydatkowych. Na odwrót: wielkość budżetu powinna być pochodną dyskusji o politykach i ocenie potrzeb finansowych.
Budżet Unii to w większości inwestycje w przyszłość naszego kontynentu. Chodzi nie tylko o inwestycje w twardą infrastrukturę, kapitał ludzki, badania naukowe, ochronę środowiska, ale także o inwestycje w bezpieczeństwo zewnętrzne i wewnętrzne. Od tych wszystkich dziedzin zależy pomyślność naszego kontynentu. Przyszły budżet powinien więc być ambitny, a ze względu na jego wyjątkowy charakter debata nad nim powinna odbywać się inaczej niż ta dyskusja, która dziś dotyczy finansów publicznych i którą zdominowała dyskusja o cięciach pro rata . Traktat z Lizbony rozszerzył kompetencje Unii - i to powinno zostać odzwierciedlone w wielkości nakładów, którymi dysponuje wspólny budżet.
Kompromis, jaki został osiągnięty przez państwa członkowskie w grudniu 2005 r w trakcie poprzednich negocjacji nad
budżetem, dobrze rozkłada akcenty: 40 proc. środków przeznaczanych jest na spójność wewnątrz UE, 30 proc. na rolnictwo i ochronę środowiska, a 30 proc. na pozostałe polityki. Taki rozdział powinien zostać utrzymany w przyszłości - ale to nie oznacza, że nie dostrzegamy potrzeby zmian. Zmiany powinny dokonać się jednak głównie na poziomie mikro.
Zachowajmy obecny podział Unijna polityka spójności, taka jaką ją znamy w obecnym kształcie, powstała podczas wprowadzania jednolitego rynku pod koniec lat 80. I jest nadal potrzebna: rynki kreują "zwycięzców" i "zwyciężonych", a przecież chodzi o to, by bogatsze regiony Unii nie stawały się jeszcze bogatsze. A biedne - biedniejszymi, np. poprzez migrację swoich najbardziej uzdolnionych obywateli. Szczególne znacznie i uzasadnienie polityka spójności ma w przypadku nowych państw Unii. Przez co najmniej 40 lat były one wyłączone z normalnych mechanizmów rynkowych. Po liberalizacji handlu niewielkie firmy z tych państw musiały stawić czoło konkurencji gigantów, które swoją potęgę budowały przez wiele dziesięcioleci.
Nie trzeba być profesorem ekonomii, żeby przekonać się o dobroczynnym wpływie polityki spójności na polską gospodarkę. Jesteśmy wielkim placem budowy. Powstają tysiące inwestycji, które nie byłyby możliwe do zrealizowania bez wsparcia unijnego. Uczestnictwo w polityce spójności to nie tylko zastrzyk finansowy, ale
import i upowszechnienie najlepszych praktyk w zakresie zarządzania administracją publiczną i projektami.
W przyszłości polityka spójności nadal powinna dotyczyć całego terytorium UE.
Dziś pojawiają się głosy, że Europa Południowa powinna zostać z niej wykluczona, ponieważ korzysta z niej od kilku dziesięcioleci - a kryzys obnażył utrzymującą się słabość gospodarek Południa i brak postępów. Jednak kryzys południowych krajów UE, który objawia się spadkiem konkurencyjności na rynku UE i globalnym oraz rosnącymi nierównowagami makroekonomicznymi, nie dowodzi, że polityka spójności była nieskuteczna. Źródłami problemów była raczej zbyt luźna polityka fiskalna i słaby nadzór nad instytucjami finansowymi (prowadzące do zbyt dużej kreacji kredytu i zwiększenia cen aktywów) oraz regulacja rynku pracy. A przecież na te dziedziny polityka spójności nie ma wpływu!
Pomagajmy rolnictwu Mimo iż znaczenie rolnictwa w gospodarce od wielu lat się zmniejsza, to sektor ten pozostaje branżą szczególną. W żadnym innym dziale gospodarki dochody nie są tak zmienne i uzależnione od tak wielu czynników jak pogoda czy choroby zwierząt i roślin. Dopłaty bezpośrednie są więc elementem stabilizującym dochody rolników, które średnio i tak są mniejsze niż ludności miejskiej. Ponadto nie należy zapominać, iż w przyszłości europejskie rolnictwo czeka większa konkurencja z produktami eksporterów z
USA, Brazylii, Argentyny i innych wschodzących rynków.
Wsparcie rolnictwa wciąż ma sens, ale obecny system - skomplikowany i niejednolity - wyczerpał się. Przyszły system dopłat powinien umożliwić równe warunki konkurencji między państwami członkowskimi, między poszczególnymi sektorami rolnymi i między rolnikami. Uzasadnieniem ekonomicznym nowego systemu dopłat powinny być: stabilizacja dochodów, wsparcie gospodarstw rodzinnych oraz produkujących żywność ekologiczną, wynagradzanie dostarczania dóbr publicznych. Powinno się ono tak jak do tej pory odbywać na poziomie unijnym, ponieważ wszelkie inne rozwiązanie oznaczałoby koniec jednolitego rynku.
Unijny sektor rolny potrzebuje wciąż także silnej polityki rozwoju obszarów wiejskich. Kraje takie jak
Polska czy
Rumunia mogą w większym stopniu skupić się na modernizacji i koncentracji farm, by stały się konkurencyjne na jednolitym rynku, podczas gdy bogatsze państwa członkowskie mogą przeznaczyć więcej środków na ochronę środowiska. Polityka obszarów wiejskich powinna także w przyszłości w większym stopniu się skupić na odnawialnych źródłach energii, innowacjach oraz dostosowaniu i przeciwdziałaniu zmianom klimatycznym.
Jak sfinansować przyszły budżet Unii? Ojcowie założyciele Unii Europejskiej chcieli, żeby była ona finansowana głównie z własnych dochodów, co odzwierciedlałoby jej dwoisty charakter z jednej strony organizacji międzyrządowej, z drugiej zaś unii obywatelami z własnym parlamentem, wybieranym w wyborach powszechnych.
Rzeczywistość okazała się inna. Z roku na rok dochody własne UE zmniejszają się m.in. dlatego, że wraz ze zmniejszeniem się stawek celnych na całym świecie spadają dochody z tego tytułu. Obecnie budżet Unii finansowany jest w prawie 80 proc. z bezpośrednich wpłat państw członkowskich.
Taki stan rzeczy jest sprzeczny z duchem traktatów europejskich. Dlatego uważam że racje miał komisarz ds. budżetu Janusz Lewandowski, rozpoczynając niedawno dyskusje o tym, jak finansować w przyszłości budżet europejski. Jest to trudna dyskusja, ale uzasadniona. Także dla Polski niektóre z możliwych rozwiązań byłyby nie do zaakceptowania. Przykładowo ewentualny "europodatek" nie powinien opierać się np. na wielkości emisji CO2, ze względu na to, że takie rozwiązanie najbardziej uderzałoby w obywateli nowej Unii, których sektory energetyczne są często oparte na węglu.
Śródtytuły od redakcji