W Polsce kilkaset tysięcy rodzin kupiło
mieszkania,
domy i działki za kredyty w obcych walutach. Są zadłużone w sumie na 160 mld zł, z czego z grubsza 90 proc. to pożyczki we frankach. Od kilku dni nasi kredytobiorcy przecierają oczy ze zdumienia, patrząc na tabele kursów walut - frank znowu kosztuje ponad 3 zł, zupełnie jak prawie dwa lata temu w środku globalnego kryzysu finansowego, kiedy
złoty leciał na łeb na szyję. Tymczasem kurs euro pozostaje stabilny na umiarkowanym poziomie - kosztuje 4 zł. Co się zatem dzieje z frankiem? - łamią sobie głowę spłacający kredyty.
Szwajcarska waluta stała się jednym z głównych aktorów globalnych spekulacji walutowych, które nasiliły się w tym miesiącu z powodu bardzo niepokojących danych makro napływających z
USA. Rośnie tam liczba nowych bezrobotnych, stopa bezrobocia utrzymuje się na bardzo wysokim jak na Amerykę poziomie blisko 10 proc., sprzedaż domów jest na najniższym poziomie od lat 60., a optymizm konsumentów gaśnie. W II kw. amerykański PKB urósł poniżej prognoz - tylko 2,4 proc. Tymczasem w I kw. było to 3,7 proc.
W efekcie ekonomiści coraz bardziej obawiają się czarnego scenariusza w gospodarce USA, czyli wyhamowania wzrostu i drugiej fali recesji, co zapoczątkowałoby globalną zapaść ekonomiczną. Poprzednia recesja w USA rozpoczęta pod koniec 2007 r. kosztowała kilkanaście milionów miejsc pracy i została zażegnana głównie dzięki setkom miliardów dolarów rządowej pomocy oraz obniżeniu przez
bank centralny Fed głównie stopy procentowej do najniższego poziomu w historii - 0-0,25 proc. Teraz okazuje się, że na dłuższą metę to za mało, aby zapewnić Ameryce trwały wzrost gospodarczy.
Wieści z USA wywołują ogromne wahania na rynku walutowym, bo inwestorzy, bojąc się kolejnego kryzysu, lokują ogromne kapitały w niektóre waluty, które ochrzcili mianem "bezpiecznej przystani" (safe heaven). To przede wszystkim dolary, franki i japońskie jeny. Wystarczyły zaledwie dwa tygodnie, aby dolar umocnił się do euro aż o sześć centów. Obecnie euro jest najsłabsze od ponad miesiąca i kosztuje jedynie 1,27 dol. Inwestorzy sprzedają euro, zupełnie lekceważąc optymistyczne dane z eurolandu, szczególnie z Niemiec, mówiące o ożywieniu gospodarki po kryzysie greckim. Tanie euro jest tak naprawdę na rękę Europejczykom, bo wyroby eksportowane ze strefy euro są tańsze.
Na naszym rynku międzybankowym inwestorzy pożegnali się z kursem dolara poniżej 3 zł i obecnie trzeba za niego płacić już 3,15 zł. Ogromny globalny popyt na franki wywindował kurs szwajcarskiej waluty do 3,04 zł. Jen jest też rekordowo drogi, ale na szczęście mało kto w Polsce ma do spłaty zobowiązania w japońskiej walucie.