Pierwsza reakcja giełd była optymistyczna, bo spodziewano się tylko 1,4-procentowej zwyżki PKB. Indeksy, także w
Warszawie, wystrzeliły w górę. Ale euforia była krótkotrwała. Inwestorzy szybko zdali sobie sprawę, że mimo PKB lepszego od prognoz nad amerykańską gospodarką znowu zbierają się czarne chmury. Utwierdzili się w tym kilka godzin później, gdy podano, że pogorszyły się nastroje konsumentów.
Już od kilku tygodni inwestorzy są wprost bombardowani coraz słabszymi danymi makro z
USA wskazującymi na spowolnienie gospodarcze. Amerykanie kupują najmniej domów od lat 60.,
bezrobocie utrzymuje się na bardzo wysokim poziomie 9,5 proc., a co tydzień po zasiłek dla bezrobotnych zgłasza się po raz pierwszy z grubsza pół miliona Amerykanów. Dlatego na rynkach rośnie niepokój, że spełni się czarny scenariusz i dojdzie w USA do kolejnej fali recesji. Poprzednia zakończyła się w zeszłym roku i kosztowała utratę milionów miejsc pracy.
Dlatego z tak dużym napięciem inwestorzy oczekiwali na piątkowe dane o PKB. Drugi odczyt wskaźnika okazał się gorszy od początkowego, i to dość znacznie, bo według najnowszych obliczeń tempo wzrostu wyniosło jedynie 1,6 proc., podczas gdy początkowo obliczono aż 2,4 proc. Wyraźnie kontrastuje to z solidnym, 3,7-procentowym wzrostem w I kw.
Na Wall Street w mijającym tygodniu dominowali pesymiści widzący przyszłość gospodarki w ciemnych barwach. Indeks Dow Jones w czwartek po raz pierwszy od początku lipca spadł poniżej granicy 10 tys. pkt.
W tej sytuacji nasila się presja na amerykański
bank centralny Fed i administrację prezydenta Obamy, aby przygotowali dla gospodarki kolejny pakiet pomocy, bo bez takiego zastrzyku gospodarka wpadnie w recesję. Jak wiele znaczy rządowe wsparcie, widać po rynku
nieruchomości. Dopóki rząd dopłacał tysiące dolarów do każdego kupowanego domu, dopóty koniunktura była dobra. Gdy dopłaty się skończyły, liczba transakcji spadła z grubsza o 30 proc.
Przed ostatnim posiedzeniem Fed na rynku trwały spekulacje akcjami pod oczekiwany kolejny program pomocowy dla gospodarki. Fed jednak rozczarował rynki i nic nie postanowił w tej sprawie, co wywołało wyprzedaż na giełdach. Bank centralny ma już niewiele amunicji w walce o poprawę koniunktury gospodarczej, bo stopy procentowe utrzymuje na najniższym z możliwych poziomów 0-0,25 proc. Biorąc pod uwagę inflację, oznacza to, że w Ameryce jest faktycznie darmowy kredyt, a mimo to gospodarka cienko przędzie. Jednak szef Fed Ben Bernanke zapowiedział w piątek, że jeśli ożywienie gospodarcze będzie słabnąć, to jest gotowy podjąć nowe działania, aby wesprzeć gospodarkę. Indeksy na giełdach wykonały kolejny zwrot i wyszły na niewielki plus.