Teraz, zgodnie z ustawą, emerytury rosną co roku o kilka procent (pod uwagę brana jest
inflacja oraz wzrost wynagrodzeń). Ma to wynagrodzić emerytom wzrost cen oraz pozwolić korzystać ze
wzrostu gospodarczego. W poprzednim roku emerytury podskoczyły dzięki temu o prawie 4 proc. i była to najwyższa podwyżka w całej Europie.
Premier chce, aby renty i emerytury rosły nie proporcjonalnie, lecz kwotowo, przy czym najwięcej dostaliby ci z najniższymi świadczeniami. I to oni zyskaliby najwięcej, zmalałyby za to podwyżki dla najzamożniejszych emerytów.
Pomysł nie jest nowy, rozważał go już kiedyś rząd SLD, twierdząc, że obecne zasady są niesprawiedliwe. Nie tylko nie zasypują podziałów między biednymi a zamożniejszymi emerytami, a wręcz je pogłębiają. Emeryt, który ma niską, np. 800 zł, emeryturę, dzięki waloryzacji dostanie miesięcznie 32 zł więcej. Zamożniejszemu emerytowi, który pobiera 2 tys. zł, emerytura skoczy o 80 zł miesięcznie. W skali roku bogatszy emeryt dostanie w sumie 600 zł więcej. Czyli różnica między w miarę wysoką emeryturą a tą niską znacznie się powiększy.
Pomysły Sojuszu zostały w powijakach, bo obawiano się oskarżeń o urawniłowkę, powrót do PRL, w którym wszyscy mieli mieć po równo. Skoro ktoś wypracował sobie niską emeryturę, bo wykonywał niezbyt dobrze płatną pracę czy szybko zakończył swoją karierę zawodową, nie może liczyć, że państwo mu tę emeryturę będzie potem windować. Za to ktoś, kto wypracował sobie na starość więcej, ma prawo oczekiwać, że dostanie należną mu podwyżkę w wysokości odpowiedniej do jego emerytury. W przeciwnym razie państwo mogłoby dopuścić do sytuacji, że realna emerytura takiego emeryta obniżyła się (podwyżka nie rekompensowałaby nawet wzrostu cen).
Argument ten jest o tyle ważny, że w Polsce mamy bardzo młodych emerytów, którzy szybko odchodzą z
pracy, nie oglądając się na to, że wypracowali głodowe emerytury. Młodzi emeryci często mają nadzieję, że dorobią sobie na czarno i w sumie wyjdą na tym lepiej.
To pokaźna rzesza wyborców licząca na to, że politycy będą im dawać wysokie podwyżki, zszokowani wysokością (a raczej niskością) ich świadczeń. Politycy nie są na te żądania głusi, zwłaszcza przed wyborami. Tym samym ten mechanizm zachęca do szybkiego porzucania pracy i wymuszania na politykach podnoszenia tzw. minimalnych emerytur czy coraz lepszych zasad waloryzacji. Tymczasem dla gospodarki, a także w interesie samych emerytów jest to, aby pracowali jak najdłużej. Wtedy ich świadczenia będą wyższe.
Premier Tusk ma jednak w rękawie ważny argument, dlaczego burzy zasadę "jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz", lub raczej "ile sobie uskładasz na starość, tyle będziesz miał". To zapowiedziana przez rząd podwyżka stawek VAT, w tym na część żywności. Bez wątpienia uderzy ona przede wszystkim w osoby z niskimi dochodami, w których budżetach wydatki na jedzenie są - procentowo - pokaźną pozycją.
Premier najwyraźniej postanowił tę grupę osłonić - skoro już ceny pójdą w górę, to trzeba takim osobom, z najniższymi emeryturami, dać wyższe podwyżki niż mogliby się spodziewać. Idąc tym tropem, należałoby podnieść świadczenia osób, których sytuacja życiowa jest jeszcze bardziej dramatyczna, np. tych, którzy pobierają z pomocy społecznej tzw. zasiłek stały. Rząd na razie w tej kwestii milczy.
Nowe zasady waloryzacji mają być czasowe, na trzy lata. W tym czasie niskie emerytury mają mniej więcej zrównać się z tymi przeciętnymi. Rząd mógłby wybrać inne rozwiązanie - podnieść minimalną emeryturę i zostawić stare zasady waloryzacji, ale to byłoby dla
budżetu kosztowniejsze. Wymagałoby dodatkowych środków, a tych państwo nie ma.
Te nowe zasady to także ukłon w stronę elektoratu PSL-u. Rolnicy, także ci zamożni, płacą na swoje emerytury bardzo niskie składki do KRUS. Ponad 90 proc. dokłada do ich świadczeń budżet. Ale też emerytury rolnicze ze względu na te niskie składki są niewysokie. Kwotowa waloryzacja oznacza dopływ pieniędzy na wieś, co na pewno ucieszy balansujące na granicy progu wyborczego PSL.
Na szczęście dobrą wiadomością dla przyszłych emerytów jest zakończenie wielomiesięcznego, irytującego sporu w rządzie w sprawie
OFE. Irytującego, bo w tak ważnej sprawie różni ministrowie forsowali wykluczające się rozwiązania, a wyborcy nie wiedzieli, na co postawi premier.
Donald Tusk na szczęście woli poprawiać obecny system, niż go demontować i tworzyć coś całkiem nowego. Wygrała frakcja ministra Michała Boniego, w odstawkę poszły projekty minister Jolanty Fedak (wspieranej przez wicepremiera Waldemara Pawlaka i ministra finansów Jacka Rostowskiego).
Premier poinformował o tym na spotkaniu z przedstawicielami OFE, które przypominało zresztą wizytę premiera Rosji Putina w sklepie. Putin karcił tamtejszego właściciela, że za drogo, następnego dnia ceny spadły (zresztą za chwilę wróciły do normy). Tak i premier Tusk łajał chciwe OFE za zbyt wysokie prowizje, rozrzutne wydatki na akwizytorów. Było to pod publiczkę, ale w końcu w naszym, przyszłych emerytów, interesie.