Kilka lat temu, za rządów koalicji SPD i Zielonych, los elektrowni atomowych wydawał się przesądzony. Wtedy postanowiono, że koło 2020 r. zostanie zamkniętych wszystkie 17 elektrowni atomowych w Niemczech. Politycy wskazywali przykład Czarnobyla jako dowód, że energia atomowa może być niebezpieczna dla środowiska. Ostatni, najnowocześniejszy niemiecki reaktor w badeńskim Neckarwestheim (uruchomiony w 1988 r.) planowano wyłączyć w 2022 r. Cały program ochrzczono mianem "Wyjście z atomu".
Wszystko się zmieniło, gdy w 2009 r. do władzy doszła koalicja CDU oraz FDP - partii mocno związanej z kręgami gospodarczymi. Wiadomo, że nowe władze chcą przedłużyć życie elektrowni atomowych. Wiosną tego roku niemieckie gazety ujawniły, że jeden z planów przewidywał zamknięcie ostatniej nawet w 2050 r.! O tym marzyli szefowie niemieckich firm energetycznych.
Teraz okazuje się, że kanclerz Angela Merkel chce przedłużenia okresu eksploatacji niemieckich elektrowni atomowych, ale o 10-15 lat. Powiedziała o tym w wywiadzie dla telewizji ARD. Merkel oznajmiła, że w zamian za wydłużenie okresu
pracy reaktorów oczekuje od koncernów energetycznych wkładu w rządowy program oszczędnościowy.
Suchej nitki na pomyśle Merkel nie zostawia opozycja. - To nie dalekowzroczna koncepcja energetyczna, ale uleganie lobby koncernów - powiedział szef SPD Sigmar Gabriel. Także sami
Niemcy woleliby wcześniejszą rezygnację z energii atomowej.