Przez lata był to rewolwerowy pojedynek rodem z Dzikiego Zachodu. Hipermarkety kontra drobni kupcy.
Na początku lat 90. wystarczyło otworzyć mały sklep, aby po roku kupić sobie niezły
samochód. Tak było do 1995 roku, kiedy nad Wisłą Francuzi otworzyli pierwszy hipermarket E.Leclerc. A za nim następne: Auchan i Géant (dziś ta sieć jest już nieobecna w Polsce, jej hipermarkety przejął Real). Stworzyły w kraju tzw. nowoczesny handel. Nauczyły nas, co to jest promocja.
Ale od początku budziły też kontrowersje. Brzydkie - bo w wielkich blaszakach; złe - bo po otwarciu nowego hipermarketu obroty okolicznych małych sklepów spadały o jedna piątą; i chciwe, bo cisnęły (i ciągle cisną) dostawców o każdą złotówkę.
Dziś małe i duże sklepy mają ten sam problem: co dalej?
W ciągu pięciu lat padła jedna trzecia małych, rodzinnych sklepów. W 2005 r. było ich niemal 74 tys. Teraz tylko 54 tys.
I padają następne - w tym roku analitycy spodziewają się zamknięcia co najmniej kilku tysięcy małych sklepów. Przedstawiciele organizacji zrzeszających drobny handel mówią wręcz o kilkunastu tysiącach! O ich los zaczął martwić się nawet gigant w handlu hurtowym Makro Cash & Carry, gdzie zaopatrują się mali kupcy. Od kilkunastu dni prowadzi akcję: "Tu mieszkam, tu kupuję", przekonującą do zakupów w małych sklepach.
Wielki wróg sklepików również stracił animusz. Od czerwca ub.r. do czerwca tego roku otwarto tylko dziewięć nowych hipermarketów (w sumie jest ich 286) - to dane The Nielsen Company. Ten wzrost o... 3,2 proc. jest najwolniejszy w kilkunastoletniej historii marketów. Jeszcze trzy lata temu stawiano ich ponad 20 rocznie.
Największa sieć hipermarketów w kraju - Carrefour - planuje w najbliższym czasie jeden nowy sklep. Podobnie Auchan. Real? - Od 2009 r. koncentrujemy się na kompleksowym przebudowaniu istniejących placówek. I takie plany mamy też w roku 2011 - twierdzi Agnieszka Łukiewicz-Stachera, rzecznik sieci Real.
Te nieliczne sklepy, które powstają, są dużo mniejsze niż przed laty. Do niedawna sieci otwierały hipermarkety po 8 tys. m kw. Teraz mają przeważnie niewiele ponad 2,5 tys. m kw.
Słabnie też pozycja hipermarketów. Sprzedają mniej żywności (ich udziały w rynku spadły od 2007 r. z 15 do 13 proc.) oraz chemii i kosmetyków (spadek z 29 proc. do 23 proc.).
Już wiadomo, że hipermarkety nie będą w polskim handlu tak silne jak choćby we Francji czy Włoszech.
Powód? Analitycy mówią, że wielkie sklepy osiągnęły już moment nasycenia - ok. 40 proc. kraju to tereny wiejskie, gdzie tak dużych sklepów nie opłaca się otwierać.
- Spowolnienie wzrostu liczby hipermarketów może wiązać się z ich nasyceniem w dużych miastach - uważa Michał Maksymiec z firmy badawczej Nielsen. Na dodatek przychody odbierają im specjalistyczne sieci chemiczne (Rossmann, Drogerie Natura, Superpharm, A'propos).
Z kolei małe sklepy cierpią, bo są... małe. Mają poniżej 40 m kw. i co za tym idzie - wybór jest w nich niewielki. A klient, cokolwiek by mówić, przyzwyczaił się do szerszej oferty.
Wreszcie jedne i drugie zmagają się z graczem, który z miesiąca na miesiąc jest coraz silniejszy: małymi osiedlowymi supermarketami. Chodzi o tzw. tanie dyskonty, czyli Biedronki, Lidle i Netto oraz niewielkie sklepy typu Żabka. W 2007 r. supermarketów było ok. 3,5 tys. W ubiegłym roku już ponad 4,2 tys. Tylko Biedronka ma już ponad 1,5 tys. sklepów w całym kraju, a do końca 2012 r. chce otworzyć kolejne 500, inwestując co roku ponad miliard złotych.
- O losy hipermarketów nie ma się co kłopotać - macha ręka analityk branży handlowej. Część zachodnich sieci, jak Tesco czy Carrefour, otwiera po prostu seryjnie mniejsze sklepy.
Gorzej z drobnymi sklepami. Analitycy doradzają ich właścicielom inwestowanie w relacje z klientami. I wszędzie tam, gdzie to możliwie, powiększenie sklepu, staranie się o koncesje na sprzedaż alkoholu itp.
- Potrzebna jest ustawa hamująca ekspansję sieci sklepów - przekonuje jednak Mariola Roguska-Kopańczyk z Naczelnej Rady Zrzeszeń Handlu i Usług, która skupia drobny handel.
Ten pomysł kupcy lansują od lat. Popiera go też prawica - PiS oraz LPR. Teresa Lubińska jako minister finansów w rządzie Kazimierza Marcinkiewicza w wywiadzie dla "FT" wystrzeliła: duże sklepy - jak Tesco - nie są mile widziane w Polsce. Poparł ją Marcinkiewicz: - Są inwestycje prowadzące do
wzrostu gospodarczego, a hipermarkety do nich nie należą.
W 2007 r. Sejm z inicjatywy Samoobrony (również głosami PiS i LPR) uchwalił przepisy ograniczające budowę dużych sklepów. Okazała się jednak totalnym bublem, hamując budowę nie tylko hiper- i supermarketów ale księgarni, sklepów meblowych i centrów handlowych. Uchylił ją później Trybunał Konstytucyjny.
To drobnych kupców nie przekonuje. Za kłopoty małych sklepów są ich zdaniem odpowiedzialne gminy i rząd. Gminy - bo bez zastanowienia wydają pozwolenia na budowę sieciowych sklepów. A rząd - bo nie opracowuje dla nich programów wsparcia.
- Sprawdza się wizja Andrzeja Leppera: małych sklepów z roku na rok jest coraz mniej - twierdzą.