Oldboj wizjoner
Mark Pincus to w e-biznesie postać nietypowa. Historia internetu pisana jest przez młokosów - dwudziestokilkuletnich przedsiębiorców rzucających wyzwanie światu. Gdy w 1998 r. Google zaistniał jako spółka, Sergiej Brin i Larry Page mieli zaledwie po 25 lat. Gdy kilka miesięcy temu Facebook przekroczył granicę 500 mln użytkowników, jego założyciel Mark Zuckerberg świętował 26. urodziny.
Tymczasem Pincus mógłby być niemal... ojcem Zuckerberga. Gdy trzy lata temu rozkręcał spółkę Zynga, oferującą prozaiczne gierki dla użytkowników Facebooka, mało kto weń wierzył. Dziś 44-letniego przedsiębiorcę określa się mianem wizjonera, a wpływ Zyngi na branżę gier porównuje się do trzęsienia ziemi, jakie zafundował swego czasu Google swoją wyszukiwarką.
Pincus bywa pompatyczny. Nowo przyjętym pracownikom oznajmia, że będą tworzyli imperium, ikonę internetu, oparte na rozrywce. Zyngę porównuje do drapacza chmur XXI wieku. - Mamy szansę zmienić historię. Od zera stworzyliśmy nową branżę - powtarza. Aby za chwilę dodać: "Chcę, aby Zynga stała się jedną z pięciu czy sześciu marek internetowych, które mają znaczenie w życiu ludzi".
Początki wspomina tak. - Myślałem (jest rok 2007), że niemożliwym jest, aby aukcje, księgarnia, wyszukiwarka oraz portal były już wszystkim, czym może być internet - mówi, nawiązując do największych gwiazd internetu: eBaya, Amazonu, Google oraz Yahoo.
Dziś Zynga aspiruje, aby dołączyć do gwiazd. W gry Pincusa miesięcznie gra grubo ponad 200 mln osób, głównie na Facebooku. W najpopularniejszą - "FarmVille" - codziennie 20 mln ludzi z całego świata. Majstersztyk polega na tym, że spółka z bezpłatnych gier potrafi wycisnąć setki milionów dolarów.
Różowy traktor i mafijne porachunki
"FarmVille" polega na prowadzeniu farmy - sadzi się warzywa, jabłonie, hoduje świnie, króliki, krowy itp. W grze obowiązuje wirtualna waluta. Można ją dostać w zamian za postępy w grze, ale nie wszyscy są tak cierpliwi. Aby szybciej przejść na wyższy poziom, powiększyć trzódkę czy zmodernizować stodołę płacą prawdziwe pieniądze, dokupując wirtualne monety. I tak 7,5 tys. monet kosztuje ok. 5 dol. Można je wydać np. na różowy traktor, jeden z przebojów "FarmVille". Kosztuje on - w przeliczeniu na prawdziwe pieniądze - ok. 3,5 dol., ale że z pustym bakiem nie pojedzie, za wirtualne paliwo trzeba dopłacić ok. 60 centów. Takich ofert w grach Zyngi jest mnóstwo. W "FarmVille" na Boże Narodzenie można świątecznie przystroić zagrodę, w "Mafia Wars" dokupić broń, w pokerze - dodatkowe żetony.
Z ponad 200 mln graczy płaci raptem kilka procent. Jednak to wystarczy, aby przychody spółki szacowano na 500-600 mln dol.!
- W całej naszej historii nie było spółki, która po trzech latach miała tak wysokie przychody jak Zynga, rosła tak szybko i miała tak wielu zadowolonych klientów - przekonuje w dzienniku "The New York Times" John Doerr z funduszu inwestycyjnego Kleiner Perkins Caufield & Byers, który finansował początki m.in. Amazona, Google'a czy Netscape'a.
Pomysł Pincusa to w grach kopernikański przewrót. - Nagle internetowi gracze z młodzieńców studiujących w zaciemnionych pokojach strategie dla "World of Warcraft" czy "Halo" przeobrazili się w pracowników biurowych, matki siedzące w domach, dzieci i ich dziadków - piszą analitycy. Gry Zyngi są nieskomplikowane, nie wymagają praktycznie żadnych umiejętności, a przede wszystkim wykorzystują potencjał serwisów społecznościowych jak Facebook czy MySpace. W efekcie rywalizuje się nie z komputerem, ale z prawdziwymi znajomymi.
I uzależniają - głośna była historia brytyjskiego 12-latka, który w "FarmVille" w ciągu tygodnia wydał 900 funtów (gdy zabrakło mu oszczędności, podwędził kartę kredytową matki). W Bułgarii wyrzucono z komitetu jednego z radnych, gdy podczas planowania budżetu przyłapano go, jak w laptopie zajmował się swoją wirtualną farmą. Radny tłumaczył, że chciał doścignąć swoją polityczną rywalkę, która w "FarmVille" była o sześć poziomów wyżej.
Aby uświadomić sobie potencjał gierek, co do których nawet Pincus przyznaje, że są "głupawe", zestawmy trzyletnią Zyngę z założonym w 1982 r. Electronic Arts. Ten drugi to kolos, który stworzył takie hity jak "Sims" czy piłkarska "FIFA". Angażuje gwiazdy kina i sportu, na dopracowane technologicznie produkcje i marketing wydaje krocie.
Totalne przeciwieństwa? Owszem, ale obie spółki są dziś wyceniane na 4-5 mld dol. W dodatku to Zynga jest na topie.
Electronic Arts, widząc pod bokiem dorastającego rywala, sięgnęło do kieszeni - i za największego konkurenta Zyngi, firmę Playfish, zapłaciło ponad 300 mln dol. Disney za inną firmę z branży dał w tym roku 563,2 mln dol.
Niektórzy twierdzą, że przepłacili, bo od Zyngi te firmy dzieli przepaść. Na Facebooku w dziesiątce najpopularniejszych aplikacji siedem to gry Zyngi. Playfish miesięcznie przyciąga do swych gier czterokrotnie mniej osób, ale w zasadzie Electronic Arts i Disney nie mieli wyboru - bo Zynga na razie nie jest na sprzedaż.
Spalone mosty
Prywatnie o Pincusie wiadomo niewiele. Żonaty, uwielbia spacery z buldogiem Lola. Unika obyczajowych skandali, jest zapalonym fanem serialu "Lost" i pizzy z Chicago. Ma kilka domów, ranczo w Aspen, zimowej stolicy USA, własny samolot.
Skończył Wharton School University of Pennsylvania, ma dyplom MBA z Harvard Business School. W Zyndze zatrudnia ponad tysiąc osób.
Jak twierdzi, lubi zatrudniać ludzi na stanowisku o jeden stopień niższy, niż ich kwalifikacje. - Tylko pewien typ ludzi na to przystaje: ktoś, kto jest skromny, a zarazem pewny siebie - mówi. Nie uznaje CV, promowania po znajomości. - Kiedy zespół się w tym zorientuje, jesteś skończony. U mnie na każdym stanowisku trzeba się wykazać, zasłużyć na szacunek - mówi.