Chodzi o to, aby w przyszłości łatwiej było kontrolować banki i inne instytucje finansowe, które działają w wielu krajach Europy jednocześnie. A tym samym by łatwiej było uniknąć kolejnych potężnych kryzysów finansowych, choćby takich jak ten ostatni, sprzed dwóch lat, spowodowany przez mało przejrzystą działalność chciwych finansistów, konstruujących i sprzedających na całym świecie papiery wartościowe, których konstrukcji nikt poza nimi nie potrafił zrozumieć. Spojrzenie na międzynarodowe grupy finansowe z góry, z poziomu całej Europy, ma zwiększyć ich przejrzystość.
Z naszego punktu widzenia najważniejsze jest jednak to, że te trzy odnogi europejskiego supernadzoru będą jedynie koordynowały działania lokalnych nadzorów bankowych, nie przejmą zaś ich kompetencji. Wszystko, co dotyczy lokalnych banków, będzie pod pieczą krajowych nadzorców. Europejska "czapka" zajmie się jedynie porządkowaniem lokalnych regulacji w tej części rynku, która dotyczy wielkich, ponadnarodowych grup finansowych. Polskie banki, takie jak ING, Pekao czy Citi Handlowy, nawet jeśli są częścią międzynarodowych koncernów, będą więc nadal regulowane przez naszą Komisję Nadzoru Finansowego.
To bardzo dobra wiadomość dla nas, klientów polskich banków. Jeszcze kilkanaście miesięcy temu istniała bowiem realna groźba, że w Brukseli przeforsowany zostanie pomysł, aby powołać wielki, europejski supernadzór, który przejmie gros uprawnień do regulacji dotyczących banków, automatycznie sprowadzając rolę lokalnych nadzorów bankowych niemal do zera. Bał się tego zarówno Stanisław Kluza, szef Komisji Nadzoru Finansowego, jak i Wojciech Kwaśniak, wieloletni główny
inspektor nadzoru bankowego.
Obaj ostrzegali, że przekazanie kompetencji w nadzorowaniu banków do Brukseli, Frankfurtu czy Londynu byłoby bardzo niebezpieczne. I publicznie pytali: kto będzie gwarantował depozyty klientów banków w poszczególnych krajach?
Europejski Bank Centralny? Bo chyba nie nadzór lokalny, który zostałby pozbawiony podstawowych narzędzi do pilnowania tego, czy pieniądze klientów gromadzone w bankowych skarbcach są bezpieczne?
O tym, jak wielkie znaczenie ma posiadanie przez krajowych nadzorców możliwości szybkiego i skutecznego działania, mieliśmy okazję się przekonać niedawno, przed dwoma laty. Nie wiadomo, jak potoczyłyby się losy polskich banków, gdyby nasza Komisja Nadzoru Finansowego nie zażądała kategorycznie od ich akcjonariuszy, aby banki nie wypłacały udziałowcom dywidend. I co by się stało, gdyby codziennie KNF nie sprawdzała, czy zagraniczni właściciele banków nie transferują z nich pieniędzy. Pańskie oko konia tuczy. Zwłaszcza w czasie kryzysu.
To dobrze, że europejskie rządy nie uległy presji lobbystów wynajętych przez największe europejskie grupy bankowe, którzy przekonywali, że nadzór powinien być scentralizowany, bo tylko wtedy Europa będzie mogła narzucić finansistom takie same reguły działania we wszystkich krajach, np. w zakresie kontroli ryzyka. To oczywiste, że szefom największych banków wygodniej byłoby się dogadywać z jednym nadzorem, np. w Brukseli, niż z nadzorcami w każdym kraju z osobna.
Stanęło na tym, że banki w poszczególnych krajach będą nadal pilnowane przez nadzorców lokalnych. To ważne zwłaszcza dla takich krajów jak
Polska, w których udział zagranicznych grup bankowych sięga 70 proc. rynku. Oczywiście nic nie będzie już takie samo jak do tej pory. Po akceptacji nowych zasad przez Parlament Europejski, co ma nastąpić jesienią, nasz nadzór będzie się musiał pogodzić z tym, że w sytuacjach konfliktowych - np. dotyczących banku włoskiego, niemieckiego, czy francuskiego, prowadzącego działalność w Polsce - będzie musiał liczyć się ze zdaniem innych nadzorców, a spór rozsądzi zarząd europejskiej instytucji nadzorczej, w której wszystkie nadzory będą miały taki sam wpływ na decyzję. Jednak jest to ustępstwo, które - w obliczu dużo groźniejszych dla nas scenariuszy dyskutowanych wcześniej - niemal niezauważalne.