Biznes Ludzie Pieniądze

Marek Jutkiewicz: Z natury jestem leniwy

Krystyna Naszkowska
06.09.2010 , aktualizacja: 05.09.2010 23:02
A A A Drukuj
Zarabiałem na łańcuszkach posrebrzanych, które sprzedawałem w NRD, potem na okularach, podróbkach znanych marek, które u nas kosztowały po 5 zł, a w NRD po 15 marek sprzedawałem
Hoop wchodzi na giełdę. Przy dzwonie Marek Jutkiewicz, wiceprezes, wraz z prezesem Hoop Dariuszem Wojdygą i prezesem GPW Wiesławem Rozłuckim
Fot. Wojciech Olkuonik / AG
Hoop wchodzi na giełdę. Przy dzwonie Marek Jutkiewicz, wiceprezes, wraz z prezesem Hoop Dariuszem Wojdygą i prezesem GPW Wiesławem Rozłuckim
Nad wejściem do pałacu w Pęcicach wisi napis z 1808 roku: Jam jest dwór polski, co walczy mężnie i strzeże wiernie". Po Potockich, Sapiehach, Marywilskich teraz właścicielem jest Marek Jutkiewicz, notowany przez tygodnik "Wprost" pod koniec listy stu najbogatszych Polaków, znany głównie z tego że był współwłaścicielem spółki giełdowej Hoop - producenta napojów. Kupił pałac we wrześniu 2010 r.

Marek Jutkiewicz robi wrażenie człowieka otwartego i zadowolonego z życia. Z dużym zapałem oprowadza mnie po terenie - pokazuje ośmiohektarowy park ze starą lipą i zegarem słonecznym i równie rozległy staw, właśnie odmulany. Pokazuje też cały pałac - od piwnic po wszystkie zakamarki.

- Tu prawdopodobnie jest jeszcze jeden poziom piwnic, tylko nie wiem, gdzie - mówi - Szukamy wejścia, żeby zobaczyć, co jest pod spodem, w jakim stanie są fundamenty, mury. Nie ma sensu prowadzić renowacji góry, kiedy może nam się potem wszystko zwalić.

Jutkiewicz nie wie jeszcze, czy tu zamieszka. W ogóle nie bardzo wie, po co mu ten dwór w Pęcicach. Biuro, do którego codziennie zagląda, ma w centrum Warszawy, z Pęcic do biura będzie daleko. No i dwór jest trochę za duży jak dla niego.

Co pan teraz robi? Po tym, gdy sprzedał pan wszystkie akcje swojej spółki Hoop Czechom?

- Pracuję jak nigdy wcześniej. Próbuję urządzić pałac w Pęcicach, a to jest ogromne przedsięwzięcie, bo pałac jest pod ochroną konserwatorską. Spuściliśmy wodę ze stawu, będziemy go czyścić, budować mostki na wyspę itd. Mnóstwo pracy.

A poza urządzaniem pałacu?

- Jestem współwłaścicielem sieci klinik kardiologicznych w różnych częściach kraju. Sześć ma już podpisane kontrakty z NFZ, liczę, że siódma, w Iławie, też podpisze kontrakt. W Szpitalu Bródnowskim chcemy uruchomić klinikę neuroradiochirurgii.

Skąd pomysł na kliniki?

- Życiem często rządzi przypadek. To, że przedtem zajmowałem się produkcją napoi, też było przypadkiem i z moim wykształceniem nie miało nic wspólnego - skończyłem elektronikę na Politechnice Warszawskiej.

Moja żona miała częstoskurcz napadowy i w czasie jej leczenia w Aninie poznałem dwóch lekarzy kardiochirurgów, którzy szykowali się do otwarcia własnej kliniki. I od słowa do słowa...

Oni się znali na medycynie, a pan na prowadzeniu firmy i miał pieniądze.

- Oni już praktycznie wystartowali, ja do tej pierwszej klinki przyszedłem na gotowe.

Wyobrażam sobie, że miał pan wiele propozycji od różnych ludzi uruchomienia jakiegoś biznesu. Dlaczego wybrał pan akurat tę?

- Bo nie dość, że się zarabia pieniądze, to jeszcze się ludzi ratuje. Codziennie w każdej z naszych klinik mamy po ok. trzech zawałowców, czyli ok. 20 osób dziennie ratujemy przed śmiercią. Fajnie pomyśleć, że coś takiego się robi.

Aby wystartować z klinikami, oczywiście trzeba mieć pieniądze. Ten projekt na klinikę neuroradiochirurgii kosztował ok. 10 mln euro. Ale trzeba też mieć ludzi, którzy się na tej medycynie znają, ja staram się mieć wokół ludzi najlepszych w danej dziedzinie.

W zeszłym roku oddaliśmy dwie kliniki, w styczniu tego roku kolejną, zaraz będzie następna. Moi wspólnicy, lekarze, nigdy wcześniej nie prowadzili żadnego biznesu, więc choć szybko się uczą, to większość tej sfery biznesowej w klinikach, tej budowlanki, spada na mnie.

Zaczęliśmy od tego, że pan teraz bardzo dużo pracuje, jak nigdy. Ale od ilu lat pan pracuje na swoim?

- Zacząłem w 1989 r. Pracowałem wtedy w przedsiębiorstwie elektronicznym na etacie i moja miesięczna pensja to była równowartość ok. 100 dolarów. Zawsze lubiłem sobie dorobić. Pierwszy mój zarobek był chyba w II klasie podstawówki - pomagałem koledze z matematyki, a on mi dawał cukierki. Na studiach zacząłem wyjeżdżać do NRD i z tego handlu przygranicznego żyłem.

Podziel się

  • 1
  • 1
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    30 głosów