Kiedy w jednej ze spółek giełdowych dwóch akcjonariuszy skoczyło sobie do gardeł, nie było do końca pewne, kto weźmie górę. Języczkiem u wagi na walnym były głosy funduszy emerytalnych. Kiedy zapytałem nieoficjalnie jeden z nich, czy opowie się po jakiejś stronie, usłyszałem: "A po co nam kłopoty? Żebyśmy potem przeczytali na pierwszych stronach gazet, że może coś dostaliśmy pod stołem? Zaraz zaczną się pytania, dlaczego tak postąpiliśmy, a nie inaczej. Lepiej się wcale nie wychylać". Działo się to w sytuacji, gdy spółka mogła zbankrutować i szlag by trafił ileś milionów zainwestowanych w imieniu przyszłych emerytów. Na szczęście jeden z adwersarzy w boju o władzę odpuścił i spółka ocalała. Ale nie było w tym żadnej zasługi
OFE. A powinno, bo fundusze miały pokaźne pakiety akcji. Zawaliły sprawę dwa razy: po pierwsze nie miały pojęcia, że spółka zmierza do katastrofy. Po drugie, kiedy o możliwym bankructwie ćwierkały już wszystkie wróble na dachu, to nie miały odwagi na walnym zgromadzeniu wziąć odpowiedzialności spółkę.
Takie zachowanie to droga donikąd. OFE nie powinny redukować swojej roli do zakupu akcji i biernego czekania, aż przyjdzie hossa i ceny akcji pójdą w górę. Takie zdanie się na łaskę i niełaskę koniunktury, zależnej przecież głównie od kondycji globalnej gospodarki, to pójście na inwestycyjną łatwiznę. Do tego nie trzeba mieć dyplomów
MBA, CFA, licencji doradcy inwestycyjnego czy pensji idących w dziesiątki tysięcy złotych miesięcznie. Od wyspecjalizowanych w inwestycjach OFE powinno się twardo wymagać, aby zarządzały powierzonym majątkiem ponadprzeciętnie. Aby to robić, muszą być aktywnym właścicielem.
OFE mają ogromny wpływ na dziesiątki spółek na
warszawskiej giełdzie. Dysponują obecnie majątkiem rzędu 200 mld zł. Mogą trzymać w akcjach aż do 40 proc. Nawet jeśli założylibyśmy, że w zależności od koniunktury średnio jest to 30 proc., to daje zawrotną kwotę 60 mld zł. Wszystkie krajowe spółki notowane na
GPW są warte obecnie około 500 mld zł. Mając w garści kilkadziesiąt miliardów, fundusze emerytalne należą do najbardziej liczących się graczy na warszawskim parkiecie. Gdyby OFE tylko zechciały, to mogłyby poprawić kondycję wielu spółek giełdowych, podnieść ich wartość, a jeśli trzeba - to drogo sprzedać. To dla nich piekielnie ważne, bo właśnie na giełdzie mają teoretycznie największe szanse dużo zarobić dla emerytów.
Niestety, przez ponad dekadę działalności OFE przyzwyczaiły nas do swojej pasywności w oddziaływaniu na spółki, których są współwłaścicielami. Do rzadkości należały sytuacje, gdy potrafiły się "postawić" akcjonariuszowi strategicznemu albo przejąć odpowiedzialność za spółkę z rozdrobnionym akcjonariatem. A można to zrobić na wiele sposobów. Oto garść z nich: ** wprowadzanie do rad nadzorczych swoich przedstawicieli, ** wybór godnych zaufania i profesjonalnych tzw. członków niezależnych, ** domaganie się na walnych powołania rewidenta do spraw szczególnych, który sprawdzałby np. ceny w rozliczeniach między spółką i jej zagranicznym właścicielem, ** żądanie głosowania grupami w wyborach do rad nadzorczych, do których dostęp jest blokowany w zwykłym trybie przez większościowego właściciela, ** zaskarżanie do sądu uchwał o udzieleniu absolutorium nieudolnemu zarządowi, ** dochodzenia odszkodowań itd.
Sam jestem członkiem OFE i chciałbym zobaczyć, że mój fundusz jest wojownikiem na rynku, a nie pasywnie gromadzi akcje i martwi się głównie tym, aby wypracować minimalną stopę zwrotu i nie dopłacać do interesu.
Znakomitą okazją do pokazania znaczenia OFE w akcjonariacie jest wezwanie ogłaszane przez inwestora, który chce przejąć spółkę lub wycofać ją z obrotu na giełdzie. To zrozumiałe, że taki inwestor będzie starał się zapłacić najniższą przewidzianą przez prawo cenę, a nie płacić premie za przejęcie pełnej kontroli. I ma w nosie interes pozostałych współwłaścicieli. O to, aby cena w wezwaniu była fair, powinny dbać właśnie takie instytucje finansowe jak OFE. Zatrudniają nie tylko słono opłacanych specjalistów, którzy są w stanie oszacować, czy cena w wezwaniu jest niska, czy też odpowiada wartości spółki, ale mają też oręż w postaci pakietów akcji, którymi mogą storpedować działania inwestora chcącego tanim kosztem "łyknąć" spółkę.
Ktoś powie, że OFE mają tylko niewielkie pakiety akcji spółek, rzadko ponad 5 proc. Ale przecież funduszy jest kilkanaście. I każdy z nich ma ten sam cel: maksymalnie pomnażać składki przyszłych emerytów. Skoro cel dla wszystkich jest ten sam, to przecież fundusze powinny obowiązkowo pojawiać się walnych, zawiązywać porozumienia i wspólnie osiągnąć ten cel, który samodzielnie byłby zapewne poza ich zasięgiem.
I być może tu jest pies pogrzebany. Brakuje chętnych do podejmowania takich działań, bo wiążą się one z ryzykiem, nie tylko biznesowym, ale i reputacyjnym. Władze funduszy boją się posądzeń o manipulacje, o interesy pod stołem, czarnego PR inwestorów, którym weszliby w drogę, w końcu nacisków swoich właścicieli, którzy robią na całym świecie interesy z tymi, z którymi w Polsce musieliby się zmierzyć. Więc lepiej siedzieć cicho i się nie narażać, bo można stracić nie tylko pracę, ale i nazwisko. Przecież nowe składki i tak płyną, jak czegoś się nie dopilnowało i jakaś spółka upadła, to nowe wpływy i tak skutecznie zamaskują wpadkę.
Jeśli władze OFE przełamią lęk przed aktywniejszymi działaniami, może być to taką samą korzyścią dla przyszłych emerytów jak obniżanie prowizji. Bo co mi po niskiej prowizji, skoro zarządzający moim emerytalnym kapitałem nie przejmuje się tym, że ktoś robi go w konia w spółce, której akcje posiada?
Większa aktywność funduszy emerytalnych w spółkach giełdowych staje się jeszcze bardziej pożądana, biorąc pod uwagę najnowsze rządowe plany zmiany systemu emerytalnego. Składki młodych ludzi rozpoczynających pracę mają być inwestowane w dynamiczne subfundusze, które na giełdzie będą mogły zainwestować aż do 85 proc. składek. Inaczej mówiąc, od cen akcji będzie zależeć "wóz albo przewóz" nowych emerytów.