Podzwonne dla papierowych słowników i encyklopedii właśnie zaczęło bić. Tydzień temu słynne brytyjskie wydawnictwo Oxford University Press przyznało, że kolejnej, papierowej edycji jednego z najsłynniejszych słowników świata - "Oxford English Dictionary" - najprawdopodobniej już nie będzie. - Rynek dla drukowanych słowników po prostu znika. Kurczy się o dziesiątki procent każdego roku - powiedział Nigel Portwood, prezes Oxford University Press, w wywiadzie dla brytyjskiego dziennika "The Sunday Times".
Słowa Portwooda mogły być szokiem dla branży. "Oxford English Dictionary" nie jest byle jakim słownikiem. To król słowników, jeden z najsłynniejszych leksykonów świata. Wydawany od 1928 r., jest uznawany niemal za lingwistyczny "wzorzec metra z Sevres". Jeżeli jakiegoś angielskiego słowa nie ma w "OED" - zwykło się uważać, że ono nie istnieje.
"Oxford English Dictionary" wyróżniał się zresztą nie tylko prestiżem, ale także i wielkością: jego 20 tomów waży ponad 60 kilogramów. Cena odpowiada wielkości - najnowsze wydanie papierowe (z 1989 r.) można kupić za "jedyne" 750 funtów (około 3,7 tys. zł po obecnym kursie).
Wydawca zauważył, że w ostatnich latach coraz mniej osób decydowało się na taki pokaźny wydatek. W ciągu ostatnich 21 lat sprzedało się "zaledwie" 30 tysięcy kompletów. Na całym świecie.
Natomiast z każdym rokiem rośnie popularność internetowej wersji "OED" dostępnej już od 2000 r. Jak podaje agencja AP, pełen dostęp online do słownika jest dostępny za opłatą, i to słoną (295 dol. rocznie) - co nie przeszkadza mu jednak rejestrować dwóch milionów odsłon miesięcznie.
Czy inne słynne słowniki w innych krajach też w niedługiej przyszłości będą dostępne tylko w wersji elektronicznej? Uniwersalny czterotomowy słownik języka polskiego? - Trudno przewidzieć, kiedy to nastąpi. Ale wykluczyć tego nie możemy - mówi "Gazecie" Izabella Matys, kierownik marketingu Wydawnictwa Naukowego PWN (oficyny z prawie 60-letnią tradycją wydawania papierowych słowników i encyklopedii).
Dużo większymi optymistami co do przyszłości papieru są przedstawiciele francuskiego wydawnictwa Larousse, największego wydawcy słowników i encyklopedii francuskojęzycznych. - Dziś jesteśmy liderem na rynku słowników papierowych i nie przewidujemy zatrzymania druku tych dzieł - zapewnia "Gazetę" Maryline Crocq, rzeczniczka prasowa wydawnictwa Larousse.
Ale ta francuska pewność siebie może być przesadna. Bo nawet w Polsce PWN obserwuje dokładnie ten sam fenomen rynkowy co szefowie Oxford University Press: jak przyznaje Matys, nakłady papierowych wersji czterotomowego słownika polszczyzny spadają, za to wyraźnie rośnie sprzedaż tego słownika w wersji bardziej elektronicznej (choć jeszcze nie 100-procentowo online) - na pendrive'ach (pamięć przenośna) oraz na CD-ROM-ach.
PWN oczywiście oferuje dostęp do swoich słowników także za pośrednictwem internetu. I tak samo jak inne wydawnictwa - pełen dostęp do zasobów jest płatny. Roczny dostęp do "USJP" dla dziesięciu stanowisk komputerowych kosztuje 597 zł, 24-godzinny dostęp dla jednego komputera - 3,66 zł (płacone SMS-em lub kartą).
Za darmo polskie wydawnictwo udostępnia tylko "zwykły" "Słownik języka polskiego" (ok. 100 000 haseł i podhaseł z krótkimi definicjami) oraz rzecz bezcenną dla uczniów (i dziennikarzy, w tym niżej podpisanego) - "Wielki słownik ortograficzny".
Konkretnych danych o sprzedaży PWN nie podaje. - Tajemnica handlowa - mówi Matys. I dodaje: - Obecne pokolenie 30-latków jeszcze szanuje słowniki papierowe. Ale całkiem możliwe, że obecni 14-15-latkowie, gdy już zaczną
pracę zawodową, to dla nich korzystanie z papierowej wersji słownika będzie absurdem. Bo tak bardzo w krew im wejdzie korzystanie ze źródeł elektronicznych.
Tak jak to się wkrótce stanie w przypadku "Oxford English Dictionary", o wyparciu wersji papierowej przez wersję elektroniczną zadecyduje nie tylko wygoda korzystania. Znaczenie będzie miała także cena. Bo skoro wspomniany "Uniwersalny słownik języka polskiego" w wersji na pendrive'a kosztuje 149 zł, zaś wersja w papierze 249 zł...
A kto nie chce w ogóle płacić za żaden słownik, ten oczywiście skorzysta z darmowych słowników, encyklopedii i (przede wszystkim) wyszukiwarek internetowych. Według statystyk prowadzonych przez DoubleClick Ad Planner (reklamowego ramienia koncernu
Google) tworzona przez społeczność internautów oraz specjalną fundację non profit Wikipedia (czyli darmowa internetowa encyklopedia) jest piątą najczęściej odwiedzaną stroną świata. W lipcu 2010 r. stronę Wikipedia.org odwiedzono 6,5 mld razy. Oczywiście stroną, która bezapelacyjnie dzierży palmę pierwszeństwa, jeśli chodzi o liczbę odwiedzin, jest Google.com - najpopularniejsza wyszukiwarka internetowa świata. Sądząc po statystykach i badaniach zachowań, przeciętni internauci właśnie w Google'u zaczynają poszukiwania informacji, pisowni jakiegoś słowa bądź jego znaczenia.