Biznes Ludzie Pieniądze

Liczby nie kłamią. Polskie podatki są za wysokie

Wiktor Wojciechowski, FOR
09.09.2010 , aktualizacja: 09.09.2010 14:02
A A A Drukuj
Z liczbami - jak z faktami - się nie dyskutuje. Dlatego Jacek Żakowski tak żongluje liczbami z raportu Eurostatu (?Taxation Trends in European Union 2010?), by popierały jego tezę o potrzebie podwyższania podatków w Polsce. Wystarczy jednak sprawdzić, z jakimi krajami porównuje polskie obciążenia podatkowe, by przekonać się, że na tle państw o podobnym poziomie rozwoju nasze podatki są za wysokie.
Wiktor Wojciechowski
.
Wiktor Wojciechowski
Zgodnie z przytaczanym raportem wysokość podatków i obowiązkowych składek na ubezpieczenie społeczne w 2008 roku w stosunku do PKB wynosiła w Polsce 34,3 proc., podczas gdy w Unii Europejskiej - 39,3 proc. przeciętnego PKB 27 krajów członkowskich. "Gdybyśmy mieli przeciętne europejskie podatki, nie mielibyśmy deficytu i można by odłożyć na przyszłość" - obwieszcza redaktor Żakowski.

Doświadczenia międzynarodowe dowodzą jednak, że większość udanych reform finansów publicznych polegała głównie na ograniczaniu wydatków, a nie na podwyższaniu podatków.

W ostatnich latach taką drogę reform przeszli Niemcy. W 2003 roku deficyt ich finansów publicznych wynosił 4 proc. PKB, a wpływy z podatków i obowiązkowych składek 39 proc. PKB. Zamiast jednak podwyższać obowiązkowe daniny, np. do poziomu notowanego we Francji (43 proc. PKB), w latach 2003-07 Niemcy ograniczyli wydatki publiczne o niemal 5 proc. PKB. Takie oszczędności uzyskali, głównie tnąc przywileje socjalne (m.in. zaostrzyli warunki pobierania zasiłków). W rezultacie, w 2007 roku zamiast deficytu notowali niewielką nadwyżkę budżetową, a wpływy z podatków utrzymali na dotychczasowym poziomie.

Inny dobry przykład to Słowacja, która zmniejszyła nie tylko deficyt finansów publicznych, ale także obniżyła podatki. W 2008 roku wpływy z podatków i składek ubezpieczeniowych w tym kraju stanowiły 29 proc. PKB, o 5 pkt proc. mniej niż w 2000 roku i aż o 10 pkt proc. mniej niż połowie lat 90. W okresie ostatniej dekady deficyt sektora finansów publicznych na Słowacji obniżono z ponad 6 do nieco ponad 2 proc. PKB. Było to możliwe, bo jednocześnie znacząco ograniczono tam wydatki publiczne: w latach 2001-08 spadły one z 45 do 35 proc. PKB.

W Polsce podatki i składki ubezpieczeniowe wynoszą 34,3 proc. PKB. "W ośmiu krajach (te) daniny są niższe, a w 18 wyższe niż w Polsce" - pisze Jacek Żakowski. Sprawdzamy. Niższe są w dziewięciu, z których trzy to kraje starej Unii (Irlandia, Grecja i Hiszpania), a więc te, które kiedyś musiały ostro nadganiać, tak jak my dzisiaj. Na 10 nowych członków Unii znowu tylko trzy kraje (Węgry, Czechy i Słowenia) mają wskaźnik obciążenia PKB tymi daninami wyższy niż w Polsce. Nasz poziom obciążeń podatkowych należy i warto porównywać z krajami rozwiniętymi, ale z okresu, gdy ich PKB na mieszkańca był zbliżony do tego, jaki mamy dzisiaj w Polsce. Inaczej te dane są nieporównywalne, a wnioski wysnute z ich analizy - bezwartościowe.

W 1965 r., będąc na naszym obecnym etapie rozwoju, Holandia zbierała z podatków i obowiązkowych składek 32,8 proc. PKB, W. Brytania - 30,4 proc. PKB (w 1965 r.), a Włochy 25,7 proc. PKB (w 1970 r.). Nasze obciążenia są wyższe, a wysokie podatki hamują wzrost gospodarczy. Kraje, które dzisiaj są liderami światowego wzrostu, mają zdecydowanie niższe podatki niż przeciętnie w UE. W Chinach i Indiach, które rozwijają się w tempie 8-10 proc. rocznie, relacja podatków do PKB wynosi zaledwie ok. 18 proc., niemal dwukrotnie mniej niż w Polsce. Chiny i Indie to kraje słabiej od nas rozwinięte, które mają wiele do nadrobienia, ale dzięki niskim podatkom mogą szybko skracać ten dystans.

Równanie podatków do średniej unijnej nie ma sensu, bo to grupa krajów, które wyjątkowo głęboko sięgają do kieszeni podatników. Dostrzegają to autorzy cytowanego raportu Eurostatu, którzy piszą na jego pierwszej stronie, że kraje UE to "obszar cechujący się wysokimi podatkami. ( ). We wszystkich krajach UE łączne wpływy z podatków i obowiązkowych składek na ubezpieczenie społeczne są o ponad 1/3 większe niż np. w USA i Japonii".

Ale tego zdania redaktor Żakowski już nie przytacza. Jak widać, liczby nie kłamią, ale już ich interpretacja - tak. Podobnie było we wcześniejszych publikacjach tego autora, gdy polemizując z FOR, twierdził, że w Holandii na służbę zdrowia wydaje się dwa razy więcej niż w Polsce, dlatego Holendrzy są zdrowsi i mogą dłużej pracować, natomiast Polacy - nie.

Łączne wydatki na ochronę zdrowia (publiczne i prywatne) w Holandii wyrażone w dolarach i z uwzględnieniem różnicy cen wszystkich dóbr są nawet ponadtrzykrotnie większe niż w Polsce. Ale to nie oznacza, że pacjenci w Holandii mają trzykrotnie więcej badań, konsultacji czy zabiegów niż Polacy. Wyższe wydatki na ochronę zdrowia w krajach rozwiniętych odzwierciedlają różnice w kosztach usług medycznych, w tym różnice w wynagrodzeniach personelu medycznego. Nie da się ich porównać, uwzględniając różnice w cenach wszystkich kupowanych dóbr. W tym koszyku są zarówno ceny towarów, które podlegają wymianie handlowej (np. ubrania lub telewizory), i nie różnią się istotnie pomiędzy krajami, a nawet bywają niższe w krajach Europy Zachodniej niż w Polsce.

Inaczej jest w przypadku usług, których ceny w Polsce są dużo niższe niż w rozwiniętych krajach UE. Większości usług nie da się wyeksportować, dlatego ich ceny zależą głównie od poziomu wynagrodzeń osób, które je świadczą. Dlatego wynagrodzenia budowlańców, fryzjerów, kelnerów, ale też lekarzy są w Polsce niższe niż na Zachodzie. To właśnie te różnice wynagrodzeń były jedną z głównych przyczyn emigracji zarobkowej Polaków do Irlandii i W. Brytanii. Dotyczyło to także lekarzy (np. anestezjologów). O relatywnie niskich cenach usług medycznych w Polsce świadczy również turystyka medyczna i uzdrowiskowa pacjentów z Europy Zachodniej, którzy robią sobie w Polsce protezy, poprawiają urodę i poddają się wszelkim zabiegom leczniczym

Mimo tych wyższych wydatków na ochronę zdrowia na Zachodzie oczekiwana długość życia Holendrów, którzy mają dzisiaj 65 lat, wynosi 17 lat i jest tylko o dwa lata większa niż Polsce. Dla 65-letnich Holenderek oczekiwana długość życia wynosi 20,5 lat i jest jedynie o 1,5 roku wyższa niż Polek.

Z punktu widzenia wydłużania aktywności zawodowej kluczowa jest oczekiwana długość życia w zdrowiu. Chodzi o granicę wieku, po przekroczeniu której stan naszego zdrowia uniemożliwia dalszą pracę. Pod tym względem sytuacja w Polsce jest najlepsza w porównaniu z nowymi krajami UE i nie odbiega od średniej dla krajów rozwiniętych. W 2005 roku (ostatnie dane Eurostatu) oczekiwaną długość życia w zdrowiu 65-letnich Polek szacowano na kolejnych 10 lat, a mężczyzn - na 8 lat. To aż dwukrotnie dłużej niż na Słowacji, Węgrzech czy w krajach nadbałtyckich.

I ostatni już punkt w dyskusji, tym razem nie o liczbach, ale o polityce, pronatalistycznej zresztą. Nie mogę pojąć, dlaczego Jacek Żakowski sądzi, iż becikowe, którego sensowność sam krytykuje, upewnia Polaków, że dla państwa dzieci to nie tylko sprawa rodziców. To prawda, że liczba dzieci, które się dzisiaj rodzą, jest ważna dla wzrostu gospodarczego w przyszłości. Dlatego we wszystkich krajach rozwiniętych państwo przeznacza część dochodów na wspieranie dzietności i pomoc w łączeniu pracy zawodowej z obowiązkami rodzinnymi. Jednak doświadczenia wielu krajów wskazują, że jednorazowe zasiłki z tytułu urodzenia dziecka nie mają żadnego wpływu na liczbę rodzących się dzieci. Nasze becikowe jest przykładem marnotrawstwa środków. Celnie określa je jego nieoficjalna nazwa "pępkowe" odzwierciedlająca rzeczywiste przeznaczenie tych pieniędzy. Zamiast więc bronić populistycznych pozorów, trzeba je likwidować, by znaleźć pieniądze na rzeczywiste wsparcie młodych rodzin.

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    8 głosów