Dwa lata temu to właśnie na Forum Ekonomicznym w Krynicy premier Donald Tusk wyznaczył ambitny cel - jak najszybciej przyjąć euro. Początkowo padła data 2011 r., później zmieniona na 2012 r. Już w zeszłym roku okazało się to fikcją. - Przez kryzys - tłumaczyli przedstawiciele resortu finansów. W ostatnich latach euro przyjęła Słowacja - w 2009 r., od 2011 r. wspólną walutę będzie miała
Estonia, która mimo kryzysu była w stanie utrzymać w ryzach swoje finanse publiczne.
Polska najwcześniej na euro ma szansę w 2014-15 r.
- Zaczynając rozmowy o wejściu do strefy euro w 2004-05 r., sytuacja strefy euro wydawała się całkiem bezpieczna, teraz jednak jest zupełnie inna - mówił w czwartek na Forum Ekonomicznym w Krynicy Igor Barat, który odpowiadał za wprowadzenie euro na Słowacji. Kilka miesięcy temu trzeba było ratować Grecję pożyczką wartą 110 mld euro. Większość krajów UE ma deficyty sektora finansów publicznych zdecydowanie powyżej dopuszczalnego poziomu 3 proc. PKB. Czy warto się więc do strefy euro spieszyć, skoro pogrążyła się w ostatnim roku w poważnym kryzysie?
Wątpliwości ma Paweł Poncyljusz, poseł Prawa i Sprawiedliwości: - Musimy dokładnie przeanalizować przykład Słowacji - żeby może był przestrogą, może zachętą. Żeby rozmawiać nie o mitach, że Polska wejdzie do ekskluzywnego klubu, gdzie pali się cygara, ale czasami wyciąga się kapelusz i zbiera na biedniejszego. Pytanie brzmi, czy każdy ma tak gruby portfel, by spłacić biedniejszego. W tym przypadku Grecję - pytał Poncyljusz.
- Stworzenie euro jest teraz jednym z najbardziej niedocenianych osiągnięć Unii Europejskiej. Zmniejszyło koszty transakcyjne, sprawiło, że bardziej przewidywalne stało się otoczenie dla biznesu, a dla ludzi ceny stały się bardziej transparentne - argumentował jednak Ludek Niedermayer, dyrektor w czeskim oddziale Deloitte, były wiceprezes czeskiego banku centralnego.
Jednak coś poszło nie tak. Co? - Pakt stabilizacji i rozwoju za bardzo skupiał się na deficycie, za mało na poziomie długu publicznego - uważa Marc Coleman, niegdyś ekonomista Europejskiego Banku Centralnego, obecnie redaktor ekonomiczny w irlandzkim
radiu Newstalk 106. - W Irlandii są takie specjalne kartki pocztowe. Jest na nich gruby mężczyzna, który stoi w kąpielówkach na plaży - opowiadał podczas panelu. - Obok przechodzi piękna kobieta, on wciąga brzuch, by zrobić na niej wrażenie. Ale gdy kobieta odchodzi, mężczyzna puszcza brzuch i znowu jest gruby. To samo stało się przed utworzeniem strefy euro. Rządy poszczególnych krajów zredukowały deficyty, by zrobić wrażenie na Europejskim Banku Centralnym, ale nie na długo - brzuch w postaci deficytu znowu wyskoczył - dodał.
Zdaniem Niedermayera Eurostat zbyt wolno analizował dane statystyczne dotyczące poszczególnych krajów. Poważnym problemem zaś stał się cykl polityczny. - Politycy przyzwyczaili się do wydawania pieniędzy przed wyborami, pieniędzy, których nie mieli - dodał.
Co dalej? - Musi być możliwe wykluczenie kraju ze strefy euro - argumentował Georg Milbradt, były premier rządu Wolnego Kraju Związkowego Saksonii w Niemczech. Ma powody, by tak uważać, bo to właśnie
Niemcy składają się najwięcej ze wszystkich krajów UE na grecką pożyczkę.
Według Ryszarda Petru, głównego ekonomisty BRE Banku, Europa potrzebuje reform. Jego zdaniem potrzebna jest większa integracja gospodarcza m.in. w zakresie wspólnego rynku usług, wspieranie raczej aktywności zawodowej niż pomocy społecznej i lepszej koordynacji polityki fiskalnej. Z wyliczeń Ryszarda Petru wynika, że by obniżyć dług publiczny w relacji do PKB, potrzebne jest obniżenie deficytów sektora publicznego w takich krajach jak Polska czy
Czechy co najmniej do 1 proc. PKB. - Z deficytem wynoszącym 3 proc. PKB relacja długu do PKB będzie rosła - powiedział Petru.