Po wielu latach stagnacji wywołanej katastrofą w Czarnobylu i niskimi cenami ropy dziś obserwujemy wielki renesans atomu - 22 reaktory są w budowie, a coraz więcej krajów chce dołączyć do atomowego klubu. Wśród nich
Polska - według ogłoszonego w sierpniu projektu strategii wdrożenia energetyki jądrowej pierwsza elektrownia ma być gotowa w 2022 r. Na krynickim panelu pojawili się przedstawiciele trzech głównych firm walczących o kontrakty w Polsce: francuskiej Arevy, amerykańsko-japońskiego Westinghouse i GE Hitachi. Niestety, każdy tylko zachwalał swój produkt, na sali zabrakło licznych przecież przeciwników energetyki jądrowej, przez co debacie trochę zabrakło ognia.
Wszyscy uczestnicy podkreślali, że chcą współpracować z polskimi firmami i naukowcami.
Szkolimy i będziemy szkolić polskich inżynierów, mamy przewidywalne koszty, mamy dostępne technologie - mówi Daniel Roderick z GE Hitachi. - Bardzo chcemy wykorzystać polskie firmy budowlane. - Z 400 reaktorów na całym świecie około połowa jest zaprojektowanych przez Westinghouse - mówił szef tej firmy na Europę Środkową Michael Kirst. - Jesteśmy firmą amerykańską, co widać także po moim akcencie, ale uważamy się także za firmę europejską - nasze reaktory pracują m.in. w Hiszpanii, Belgii i Niemczech. Energetyka jądrowa jest o wiele lepsza od paliw kopalnych. Widzimy przewagę dla średniej wielkości reaktorów - 1000 MW takie jak nasze. Francuski reaktor EPR ma 1600 MW mocy i część energetyków boi się, że polska sieć nie udźwignie tak wielkiej jednostki. - Dwa reaktory budowane w
USA trzymają się kosztów i harmonogramu budowy - mówił Kirst, robiąc aluzję do kłopotów Francuzów. Ich dwa flagowe projekty - fiński Olkiluoto i francuski Flamanville - są mocno spóźnione, a przewidywane koszty znacznie przekroczone.
Andrzej Rozwadowski, szef polskiego oddziału Arevy, uspokajał obawy tych, którzy sądzą, że polska sieć nie wytrzyma takiego obciążenia i reaktora nie da się do niej podłączyć. Jego zdaniem w obecnych warunkach każdy reaktor będzie za duży, sieć trzeba tak czy owak przygotować.
Prof. Husajn Czeczenow, fizyk i deputowany rosyjskiej Dumy, mówił, że w swym entuzjazmie dla energetyki jądrowej nie powinniśmy zapominać o niebezpieczeństwie, jakie za sobą niesie. - 80 krajów rozwija bądź chce rozwijać energetykę jądrową. Biedne kraje cierpią na głód energii, bez której nie mogą się rozwijać, a ludzie uciekają na bogaty Zachód. Ale im więcej biednych krajów będzie rozwijać energetykę jądrową, tym większa szansa, że radioaktywne materiały dostaną się w niepowołane ręce. Wybieramy między rozwiązaniem złym a złym - tłumaczył Czeczenow.
Wg Czeczenowa ryzyko trzeba minimalizować - współwłaścicielami i operatorami elektrowni atomowych w krajach, które nie gwarantują bezpieczeństwa, powinny być firmy zachodnie bądź rosyjskie. Tak będzie w Turcji, gdzie elektrownię zbuduje konsorcjum rosyjsko-tureckie. Czeczenow powtórzył też wielokrotnie formułowane przez Rosjan zaproszenie do udziału w rozpoczętej już budowie elektrowni w Niemanie w obwodzie kaliningradzkim.
Jeden z najważniejszych problemów, który Polska będzie musiała rozwiązać, to pieniądze. Budowa dwóch elektrowni pochłonie ok. 8-10 mld euro, które gdzieś trzeba będzie pożyczyć. Pieniądze są w bankach, ale trzeba będzie je przekonać, że polski projekt powstanie i będzie przynosił zyski. Z barierą braku pieniędzy boleśnie zderzyli się Litwini, którym nie udało się ruszyć z budową nowej elektrowni.
- Jesteśmy zaangażowani w finansowanie elektrowni jądrowych w 20 krajach. Energetyka jądrowa jest najbardziej kapitałochłonna - mówił Maciej Wolański z francuskiego banku Société Générale. - Inwestorzy zastanawiają się, czy polskie państwo także sypnie groszem, ale skarb państwa udzieli finansowych gwarancji dla projektu. Wolański podkreślał, że takie wsparcie nie jest tak kluczowe jak kiedyś, są już projekty z sukcesem finansowane bez udziału państwa. - Chętnie weźmiemy udział w finansowaniu projektu, nie tylko francuskiego, ale także amerykańskiego czy japońskiego - podsumował.
Delikatnie polemizował z nim Peter Bergen z francuskiego giganta GdF Suez, który jest operatorem elektrowni atomowych w Belgii. - Z pomocą państwa jest łatwiej, rząd musi być aktywny, nie tylko tworząc oprzyrządowanie prawne, ale także dzieląc ryzyko z uczestnikami - tłumaczył. Podkreślił, że inwestor powinien mieć zapewnione finansowanie jak najwcześniej.