- Zawsze byłem zwolennikiem wejścia do
strefy euro, ale nigdy nie podałem żadnej daty - powiedział Marek Belka na briefingu trzeciego dnia XX Forum Ekonomicznego w Krynicy. - Jak się poda datę, to można jej nie dotrzymać i jest wstyd.
To właśnie w Krynicy dwa lata temu premier Donald Tusk zaszokował ekonomistów deklaracją dotyczącą szybkiego wprowadzenia
euro w Polsce. - Naszym celem jest rok 2011. To zadanie trudne, ale wykonalne - zapowiedział wtedy Donald Tusk. Sprawą euro Polacy żyli przez kolejne kilka miesięcy. Najpierw rząd lekko poprawił premiera i ustalił datę przyjęcia euro na 2012 r. Ale wielu ekonomistów i w tę datę wątpiło. Mieli rację, bo później zaczęły się gospodarcze kłopoty. Zaognił się kryzys finansowy i gospodarczy na świecie,
złoty poleciał w dół na łeb na szyję. Polską gospodarka mocno wyhamowała. Zaczęły się kłopoty z budżetem.
W zeszłym roku z niespełnionej deklaracji premiera gęsto się tłumaczył wiceminister finansów Ludwik Kotecki. - Kryzys spowodował, że te ambicje stały się niemożliwe - mówił.
- Dzisiaj nie ma mowy o tym, żeby za wszelką cenę pędzić do euro, z kilku powodów. Po pierwsze, my mamy jeszcze sporo do zrobienia chociażby w dziedzinie finansów publicznych. Po drugie,
strefa euro jest w kłopotach. Dopóki nie będą rozwiązane problemy instytucjonalne, a także nie zostanie wyjaśniona przyszłość niektórych znajdujących się w kłopotach gospodarek, to pchać się tam nie ma po co - powiedział w piątek Marek Belka.
W "naprawie" strefy euro ma pomóc lepsza kontrola finansów publicznych w krajach strefy euro. W poniedziałek ministrowie finansów krajów UE uzgodnili, że co roku na wiosnę budżety narodowe będą kontrolowane. - Dzięki temu nie odkryjemy po czasie, że jest problem. Ministrowie finansów mogą w ten sposób wydać rekomendacje dla poszczególnych krajów, zanim te w ogóle opracują nowe budżety - tłumaczył "Gazecie" Luc Frieden, minister finansów Luksemburga.
Pomysł popiera prezes NBP. - Skoro jedziemy na jednym wózku, to poszczególnie kraje Unii powinny solidarnie porządkować swoje finanse publiczne - powiedział Marek Belka. - Nic nie będzie złego w tym, że eksperci zewnętrzni pogrożą nam palcem. Wierzę, że w znacznie mniejszym stopniu niż wielu naszym partnerom z Unii Europejskiej - dodał. Belka i Frieden są zgodni, że potrzebna jest rózga na te kraje, które nie będą stosować się do unijnych reguł. Mogą to być np. sankcje finansowe.
W 2009 r. na 27 krajów UE tylko Luksemburgowi, Estonii, Finlandii, Szwecji i Danii udało się utrzymać deficyt poniżej wymaganego przez Unię poziomu 3 proc.
PKB. Deficyt sektora finansów publicznych w Polsce według Eurostatu sięgnął 7,1 proc. PKB.
Polski rząd zakłada w budżecie na 2011 r. ograniczenie deficytu budżetu centralnego z 52,2 mld zł w tym roku do 40,2 mld zł. Pomóc ma w tym m.in. 3,5-proc. wzrost PKB - tyle zakłada rząd w ustawie budżetowej na 2011 r. Ale może mamy szansę na więcej?
- Rząd bardzo konserwatywnie zakłada, że ożywienie będzie postępowało według umiarkowanego tempa, a nie nastąpi dalsze przyspieszenie wzrostu - zauważył Marek Belka. - Wierzę, że w gospodarce jest wystarczająco dużo dynamiki, która pozwoliłaby przy sprzyjających okolicznościach zewnętrznych osiągnąć wyższe tempo wzrostu - dodał. Podkreślił, że motorem tego przyspieszenia mogą być inwestycje.