Dwa lata po upadku Lehman Brothers światowa gospodarka wciąż liże rany i szuka odpowiedzialnych za kryzys. Dlatego dziś rynki finansowe z dużo większą uwagą patrzą na to, ile państwa zarabiają, a ile pożyczają, czy starają się oszczędzać, jakie jest ryzyko, że powinie się im noga i będą niewypłacalne, jak bardzo ryzykowne transakcje są zawierane przez instytucje finansowe.
Europa wyciągnęła wnioski i chce ostrzejszych sankcji za przekraczanie uchwalonych lata temu norm. Z tym że większa waga ma być przykładana do wielkości długu publicznego, czyli całości zadłużenia, niż deficytu budżetowego w danym roku.
Zmiana sankcji i bardziej skrupulatne pilnowanie niefrasobliwych dłużników to wciąż jeszcze pieśń przyszłości. Ludzie nie byliby ludźmi, gdyby oprócz tego nie szukali personalnej odpowiedzialności, konkretnych winnych i nie próbowali ich ukarać. Listę nowych wrogów otwierają bankierzy. Ci, którzy bez mrugnięcia okiem kasowali gigantyczne bonusy za ryzykowne strategie, wypłacane nawet wtedy gdy kierowane przez nich instytucje stały na skraju bankructwa. A podatnicy wysupływali grube miliardy na ratowanie całego systemu.
Bankierom należało uprzykrzyć życie, a przynajmniej uczynić je mniej słodkim. Dlatego to ich spotkały pierwsze sankcje. Wielka Brytania wprowadziła jednorazowy 50-proc. podatek od bankowych bonusów, których wartość przekraczała 25 tys. funtów. W USA ograniczenia płac dotknęły szefostwo tych banków, które przyjęły pomoc z budżetu.
Okazało się jednak, że sceptycy mieli rację. Bankierzy obchodzili ograniczenia lub po prostu ich banki spłaciły rządowe pożyczki, by nie musieć tłumaczyć się z wypłacanych nagród. Forsowane przez Niemcy i Francję postulaty, by w bankowości obowiązywały górne limity zarobków menedżerów, nie znalazły entuzjastów wśród innych państw G20. Najbogatsze państwa świata zgodziły się jedynie, że pensje bankowców powinny być powiązane z wynikami instytucji, którymi kierują.
O bankierach zarabiających krocie ostatnio ciszej. Gromy krytyki nie przestają za to spadać na agencje ratingowe. Ich zadaniem jest ocena wiarygodności kredytowej państw i firm, w tym banków. Jak jednak pokazał kryzys - działały nieudolnie. Najpierw bezkrytycznie dawały wiarę zapewnieniem o świetnej kondycji finansowej, a gdy rynek sam już uznał, że nie jest dobrze, natychmiast zmieniały front i obniżały wyceny.
Trzy największe agencje - Standard & Poor's, Moody's i Fitch - to firmy amerykańskie. Europejscy politycy (których ubodło to, że na liście obligacji śmieciowych znalazły się te emitowane przez państwa strefy euro) wytykają, że wielka trójka nie kwapi się do obniżania ratingów rządu USA, choć tylko w 2009 r. amerykański dług powiększył się o 880 mld dol.!
Zdaniem prezesa Europejskiego Banku Centralnego Jeana-Claude'a Tricheta rynkowi hegemoni robią więcej szkód niż pożytku, huśtając rynkiem finansowym. W ten sposób działają przeciw stabilności finansowej.
W Europie rozwija się debata, jak ograniczyć wolnoamerykankę S&P, Moody's i Fitch. W czerwcu Komisja Europejska zaproponowała, by agencje podlegały restrykcyjnym kontrolom powstającej właśnie unijnej agencji - European Securities and Markets Authority. Gdyby się okazało, że przeprowadzają nierzetelne analizy, ESMA będzie mogła odbierać im licencję. Poza tym niektórzy politycy mówią o potrzebie utworzenia własnej, europejskiej agencji ratingowej.
Za oceanem natomiast prezydent zabrał się do strukturalnych zmian w systemach finansowych. W styczniu Barack Obama ogłosił wojnę z instytucjami finansowymi. - Nigdy już amerykańscy podatnicy nie będą zakładnikami banków zbyt dużych, by upaść - zadeklarował i zarządził pakiet reform Wall Street. Przegłosowane w lipcu przepisy zwiększają kontrolę rządu nad bankami i innymi instytucjami finansowymi. Rządowe agencje będą w stanie doprowadzić do zamknięcia firm, których zła kondycja może zagrażać gospodarce. A banki zostaną zobowiązane do zredukowania liczby ryzykownych transakcji, m.in. inwestowania w fundusze hedgingowe.
W Europie na celowniku znalazły się same banki. Część polityków jest zdania, że ponieważ doprowadziły one do kryzysu, powinny przynajmniej częściowo ponieść jego koszty. Niektórzy w opodatkowaniu banków widzą sposób na rozwiązanie bieżących problemów z budżetem państwa nadwerężonym przez kryzys. Węgry uchwaliły już podatek, który zapewni budżetowi 200 mld forintów. Pobierany ma być od aktywów zgromadzonych przez banki. W Polsce SLD i PiS chcą zebrać od banków przynajmniej 3-4 mld zł (podobnie - od aktywów), które załatałyby dziurę w budżecie, a rząd mógłby odstąpić od podwyżki VAT.
Gabinet Donalda Tuska, choć początkowo nie chciał sięgać po bankowe zyski, dziś mówi, że to "warte przemyślenia". Wszystko jednak wskazuje na to, że skala opodatkowania będzie mniejsza, niż proponuje opozycja. I nie zastąpi - jak chciałyby PiS i SLD - podwyżki VAT i nie trafi wprost do budżetu. Rząd wolałby pójść drogą kilku państw zachodnioeuropejskich i utworzyć specjalny fundusz na ratowanie banków zagrożonych upadkiem podczas kolejnych kryzysów. Takie rozwiązania przegłosowano już np. w Niemczech, gdzie w 2008 i 2009 r. państwo wyłożyło pół biliona euro na obronę instytucji finansowych. Według agencji informacyjnych Niemcy zbiorą 1,3 mld euro rocznie.