Używając języka sejsmologów, po tąpnięciu w Ameryce do wstrząsów wtórnych doszło w wielu regionach świata. Także tam, gdzie słowo "kryzys" było znane czysto teoretycznie, jako coś, co przydarza się innym.
To, że groźba bankructwa może zajrzeć w oczy nawet arabskim szejkom, do niedawna chyba nikomu nie mieściło się w głowie, bo przecież w powszechnym przekonaniu siedzieli na walizkach pełnych miliardów petrodolarów i znani byli z ekstrawaganckich wydatków. Dlatego to, co wydarzyło się w Dubaju, części Zjednoczonych Emiratów Arabskich, wywołało taki szok na świecie, że zachwiały się giełdy od Nowego Jorku po Tokio. Tuż przed końcem zeszłego roku emirat Dubaju ogłosił, że jego fundusz inwestycyjny Dubai World nie może spłacić 60 mld dol., i zaproponował wierzycielom negocjacje. Dubaj wcześniej był symbolem inwestycyjnego eldorado: budowano tam gigantyczne drapacze chmur, sztuczne wyspy, a nawet naśnieżany stok narciarski pod szkłem na pustyni. Bankructwo Dubaju mogłoby wywołać wstrząs w i tak już silnie osłabionym sektorze finansowym, bo europejskie i amerykańskie banki mogły nie odzyskać dziesiątek miliardów dolarów. Sytuację uratowała dopiero pomoc finansowa sąsiedniego emiratu Abu Zabi i Arabii Saudyjskiej, bo krach Dubaju podważyłby wiarygodność inwestowania w całym świecie arabskim.
Kryzysowe wstrząsy dotknęły też Unię Europejską uchodzącą za ostoję globalnej stabilizacji. Zanim jeszcze kryzys zawitał do strefy euro, Unia przećwiczyła ratowanie potencjalnego bankruta w naszym regionie - Węgier. Kryzys tlił się nad Dunajem od wielu lat, bo państwo i obywatele żyli ponad stan. W 2006 r. na słynnych taśmach prawdy premier Gyurcsany przyznał, że kłamał przed wyborami i ukrywał katastrofalny stan gospodarki. Po upadku Lehman Brothers inwestorzy bali się kupować węgierskie obligacje, ceny akcji na giełdzie w Budapeszcie utonęły, a forint był najtańszy do euro w historii. Pod koniec 2008 r. na 20 mld euro ratunkowej pożyczki dla Budapesztu zrzuciły się Unia, MFW i Bank Światowy. Groźba bankructwa Węgier była szczególnie niebezpieczna dla Polski, bo inwestorzy traktują nasz region Europy jako całość.
Problem węgierski zbladł, gdy wyszło na jaw, że grecka gospodarka opiera się na wielkim fałszowaniu statystyk, co nawet pomogło jej dostać się do strefy euro. Ceny greckich obligacji runęły w dół i skompromitowane państwo nie miało jak pozyskać pieniędzy na światowych rynkach na wykup w terminie swojego długu. Grecję przed niechybnym bankructwem uratowały dopiero państwa strefy euro i MFW. Rachunek wynosił 110 mld euro. W zamian Grecy obiecali, że zredukują deficyt budżetowy i dług publiczny sięgający 115 proc. PKB. Ogromne cięcia budżetowe, podwyżki podatków i obniżki pensji powodują masowe strajki i demonstracje, bo Grecy nie chcą zaciskać pasa. W tym roku doświadczą recesji, bo grecka gospodarka skurczy się prawdopodobnie o 4 proc. Na pomoc Grekom zrzuciła się cała strefa euro z wyjątkiem dopiero co przyjętej do Eurolandu Słowacji, co ściągnęło na Bratysławę oskarżenia o brak solidaryzmu europejskiego wobec skutków kryzysu. Groźba niewypłacalności Grecji spowodowała, że inwestorzy kupujący obligacje bliżej przyjrzeli się innym państwom strefy euro i szybko znaleźli kolejne słabe ogniwa: Irlandię, Hiszpanię i Portugalię. Na Półwyspie Iberyjskim ceny nieruchomości załamały się po dwóch dekadach świetnej prosperity. W obliczu kryzysu finansowego stanęła cała Unia, co mogłoby doprowadzić nawet do rozpadu Wspólnoty. Dlatego powołano fundusz stabilizacyjny dla strefy euro, do którego wpłaty mają sięgnąć 500 mld euro, a dodatkowe 250 mld euro gwarantuje MFW. Te pieniądze mają wspomóc kraje zagrożone niewypłacalnością. Takie zabezpieczenie jest gwarancją bezpieczeństwa dla wielkich europejskich banków, zapakowanych po sufit w rządowe obligacje państw strefy euro, które są potencjalnymi kandydatami do bankructwa.
Kryzys w strefie euro uderzył w wartość europejskiej waluty, która przestała być "bezpieczną przystanią" dla inwestorów. Jej kurs do dolara poleciał na łeb na szyję. W zaledwie kilka miesięcy kurs euro obniżył się z 1,50 dol. do prawie 1,20 dol., wywołując ogromne zamieszanie na rynkach finansowych i surowcowych. Ale tak naprawdę osłabienie euro było na rękę europejskim eksporterom, których wyroby stały się tańsze na świecie. Natychmiast odczuła to silnie nastawiona na eksport największa unijna gospodarka - Niemcy.