Co się stało i dlaczego? Jakie były skutki i czy mamy je już za sobą? Co nas to obchodzi?
Po 2001 roku bank centralny USA, początkowo po to, aby złagodzić szok po ataku terrorystycznym, zaczął ciąć stopy procentowe. Tani pieniądz ośmielił zarówno kredytodawców, jak i kredytobiorców na rynku nieruchomości. Łatwiej było o kredyt klientom o mniej niż kryształowej wiarygodności, co wywołało szaleńczy wzrost cen nieruchomości. Pożyczki dla takich klientów, zwane subprime, poszatkowane i zamienione w obligacje, opatrzone przez agencje ratingowe stemplem "pierwsza jakość", ruszyły w świat. W którymś momencie przestało być jasne, do kogo trafiły.
Gdy latem 2007 pojawiły się w Ameryce wątpliwości co do kondycji rynku nieruchomości i pożyczek subprime, bank centralny zaczął wspierać instytucje w kłopotach. Ale gdy we wrześniu 2008 bankructwo zagroziło bankowi Lehman Brothers, rząd nie znalazł chętnych na jego przejęcie, a sam nie czuł się na siłach, aby go ratować. W ciągu kilku dni na skraju przepaści stanęło kilka wielkich instytucji. Niektóre zostały przejęte przez zdrowsze, inne przetrwały tylko dlatego, że przerażony rząd zaczął w nie pompować dziesiątki miliardów dolarów. W obliczu katastrofy całego systemu finansów Kongres upoważnił sekretarza skarbu do odkupienia od banków do 700 miliardów pożyczek hipotecznych. Lecz i to nie powstrzymało paniki na giełdzie. Między 6 i 10 października Dow Jones stracił 18 proc. Chaos przeniósł się na rynki zagraniczne. Okazało się, że stan wielu banków europejskich nie był lepszy, często z tych samych powodów, bo na rynku hipotecznym spekulowali także Hiszpanie, Irlandczycy, Portugalczycy, Brytyjczycy, a i u nas pojawiły się tego oznaki, choć na znacznie mniejszą skalę. Zwłaszcza spektakularny wzrost Hiszpanii miał swe źródło w spekulacyjnym budownictwie. Ucierpiały także finanse krajów, które były bardziej wstrzemięźliwe kredytowaniu, ale kupiły od innych pożyczki wątpliwej jakości. W ten sposób po kościach dostały finansowe instytucje Niemiec i Francji.
Ból nie ograniczył się do sektora finansowego, promieniował na resztę gospodarki. Przy okazji okazało się, że rozpowszechniło się stosowanie derywatów, instrumentów często przez użytkowników niezrozumiałych. Służą one ubezpieczaniu się przed ryzykiem: sięga po nie farmer, aby zaklepać cenę zbytu zboża, eksporter, aby ubezpieczyć się przed spadkiem kursu waluty, w której sprzedaje, czy rząd Meksyku, aby zabezpieczyć się przed spadkiem ceny ropy naftowej, którą eksportuje. Banki, ale nie tylko one, zaczęły na potęgę tymi kontraktami spekulować.
Najkrócej biorąc, kryzys był wynikiem nadmiernego zadłużenia - głównie amerykańskiego konsumenta i banków. Miliony amerykańskich gospodarstw domowych korzystały z pożyczek konsumpcyjnych pod zastaw nieruchomości, instrumentu niemal nieznanego dwadzieścia lat temu. W miarę jak rosły ceny domów, przeciętny Amerykanin czuł się coraz bogatszy, i wydawał więcej, niż zarabiał. Zadłużenie gospodarstw domowych w chwili, gdy nadszedł kryzys, wyniosło 13,8 biliona, co stanowiło 98 proc. PKB. Zaś zadłużenie amerykańskiego sektora finansowego na koniec 2008 roku wyniosło 17,1 biliona dol., czyli 121 proc. PKB. Pół wieku wcześniej dług ten był równy 6 proc. PKB Stanów Zjednoczonych.
Rok 2007 był pierwszym rokiem od depresji lat 30. ubiegłego wieku, kiedy przeciętna cena nieruchomości spadła. Kryzys uderzył w giełdę. W niespełna półtora roku wartość akcji w posiadaniu gospodarstw domowych spadła o 4,5 biliona dolarów, czyli o 46 proc., zaś cały majątek skurczył się o 16 bilionów, czyli o 25 proc..
W latach 2008-09 pracę straciło blisko 8,5 miliona osób. W lipcu 2010 stopa stopa bezrobocia wynosiła 9,5 proc., ale o ponad cztery miliony wzrosła liczba ludzi pracujących, wbrew swej woli, w niepełnym wymiarze. Gdyby ich uwzględnić (to zjawisko nazywa się w USA underemployment), to ta stopa wyniosła w lipcu 18,4 proc. Czyli niemal co piąty Amerykanin albo nie ma pracy, albo pracuje krócej, niżby chciał. W przypadku ludzi młodych, w wieku 18-29 lat, ten wskaźnik wynosi 28,4 proc.. Ten ponury stan rzeczy wynika w pierwszym rzędzie z ucieczki miejsc pracy w tańsze regiony, ale destabilizacja rynków finansowych wyraźnie pogorszyła sytuację. Statystyki bezrobocia nie oddają także zmian w strukturze zatrudnienia - gdy zwolniony znalazł nową prace, ale płaci ona dużo mniej, niż poprzednia. Od początku recesji ubyło 2 miliony miejsc pracy w amerykańskim przemyśle, tyle samo w budownictwie, i przeszło 700 tysięcy w sektorze finansów. A te gałęzie płacą więcej niż usługi.
Podczas gdy od 2008 roku poziom zadłużenia amerykańskich gospodarstw domowych i banków nieco się obniżył, to dług rządu nadal szybko rośnie. Ameryka w czasie życia jednego pokolenia z największego wierzyciela przekształciła się w największego na świecie dłużnika. W minionych pięciu latach wartość obligacji rządu USA w rękach zagranicy podwoiła się i wynosiła na koniec marca 2010 roku ponad 3,9 biliona dolarów.
Gdyby Europa pozostawiła swe stopy procentowe na niezmienionym poziomie, gdy Ameryka je cięła, nastąpiłby jeszcze szybszy wzrost kursu euro lub funta wobec dolara, co zaszkodziłoby europejskim eksporterom. Dlatego, chcąc przyhamować tempo aprecjacji swej waluty, Europa także obniżała stopy, co zachęcało do pożyczania, czasem na wątpliwe inwestycje. W globalnej grze finansowej uczestniczyło wielu. Miasteczko w Norwegii czy fundusz emerytalny na Islandii nie wiedziały, że do ich portfela inwestycyjnego trafia coś, czym się mogą boleśnie sparzyć, a tak właśnie się stało. Globalizacja miała łagodzić prawdopodobieństwo globalnego kryzysu ekonomicznego. Tymczasem okazało się, że łatwiej o zakażenie i epidemia szybciej się rozprzestrzenia.
Gdy nadszedł globalny kryzys finansowy, strefa euro okazała się konstrukcją dość niestabilną. Gwałtownie skurczył się napływ kapitału do Grecji, Portugalii, Hiszpanii, Irlandii; wpływy budżetowe zmalały i deficyty poszybowały w górę. Przyjęty u narodzin unii monetarnej tzw. "pakt stabilności i wzrostu" z perspektywy czasu okazał się, zdaniem jednych, ułomnym instrumentem dyscyplinowania polityki fiskalnej krajów członkowskich, zaś zdaniem surowszych sędziów receptą na klęskę. Pakiet ratunkowy dla Grecji to faktycznie pośredni sposób ratowania banków krajów wierzycielskich, głównie francuskich i niemieckich, pełnych greckich obligacji.
Śpiesząc na ratunek, w wielu krajach rządy zaaplikowały programy stymulacyjne o skali i charakterze poprzednio niespotykanych. Ale przyniosło to rezultaty skromniejsze, niż oczekiwano. Szczególne rozczarowanie da się odczuć w Ameryce, choć sierpniowy raport niezależnych analityków Kongresu USA mówi, że gdyby nie pakiet, to wzrost gospodarczy w drugim kwartale 2010 byłby o 4,5 proc. niższy niż był, co oznacza, że byłoby gorzej, niż w dnie ostatniej recesji. Z całego pakietu stymulacyjnego w wysokości 787 miliardów dolarów do połowy sierpnia wydano mniej niż 2/3, z czego zdecydowana większość poszła na ulgi podatkowe, zasiłki dla bezrobotnych, pomoc dla ubogich i niepełnosprawnych oraz na pomoc dla budżetów stanowych, co służyło bardziej utrzymaniu istniejących, niż tworzeniu nowych miejsc pracy, a tylko 24 miliardy, czyli 3 proc. na energetykę i transport, a z tymi dziedzinami wiązano największe nadzieje na stabilne i dobrze płatne miejsca pracy. Spośród inwestycji infrastrukturalnych ruszyło niewiele, bo do tego trzeba gotowych projektów, zezwoleń, przetargów etc.
O prawdziwym ożywieniu gospodarki nie może być mowy, dopóki nie poprawi się sytuacja na rynku pracy. Szef Fed Ben Bernanke czuje się jak otoczony kupą wrogów rewolwerowiec, któremu niewiele zostało w magazynku, bo stóp procentowych już obniżyć się nie da. Na rynku stoi mnóstwo pustych domów. To zbija ceny nieruchomości, co z kolei zmniejsza poczucie bezpieczeństwa wśród gospodarstw domowych, dla których dom to podstawa majątku, a w ostatnich latach także substytut skarbonki, z której się wyciąga. Słabość rynku nieruchomości pogarsza także jakość aktywów bankowych, bo przecież ogromna ich cześć to pożyczki pod zastaw domów i mieszkań.
W Europie zaś, gdy na plan pierwszy w wyniku kryzysu greckiego wysunęła się groźba bankructwa kraju czy krajów strefy euro, wiarę w potrzebę wielkich stymulacyjnych programów zastąpiło przekonanie o znaczeniu dyscypliny fiskalnej. Zrozumiała refleksja i chęć korekty grzechów rodzi jednak pytanie, czy po beztroskim popuszczaniu pasa nie mamy do czynienia ze zbyt gwałtownym jego zaciskaniem. A jeśli tak, to czy szkody z tego tytułu płynące nie okażą się większe, niż skutki wcześniejszego grzechu rozpasanej konsumpcji.
Tym bardziej, że po obu stronach Atlantyku optymizm paruje. Z ostatnich sondaży konsumentów w 24 krajach przeprowadzonej przez Ipsos Mori wynika, że podczas gdy optymistycznie widzi ekonomiczną przyszłość swych krajów 85 proc. mieszkańców Indii, 77 proc. - Chin i 65 proc. w Brazylii, to w Hiszpanii tylko 5 proc., we Francji 6 proc., w Wielkiej Brytanii 13 proc., a w USA 18 proc. jest podobnego zdania. Dwa lata po upadku Lehman Brothers bogaty świat nie znajduje przekonywających oznak, że ożywienie gospodarki jest trwałe i nie grozi nam nawrót recesji.
Czy grozi nam powtórka dramatu? Prawdopodobieństwo kryzysu finansowego jest dziś mniejsze, ale przyjęte dotychczas reformy nadal przypominają piłę bez zębów. Przykładem wspomniane wcześniej derywaty. Ostateczny kształt reform w Ameryce nie jest znany. Dopóki debata toczyła się w Kongresie, na oczach milionów podatników, którzy zapłacili za ratunek sektora finansów, bankom niezręcznie było kłócić się o każdy zapis. Ale teraz ideologię przegłosowano, a szczegóły będą się rozstrzygać w zaciszach biurokracji. Banki, dla których spekulacja na tym rynku stała się żyłą złota, nie dają za wygraną.
1 września trójka francuskich ministrów - finansów, energii i środowiska, i rolnictwa - w liście do komisarza Unii ds. rynku wewnętrznego i usług, wezwała do ostrzejszego nadzoru nad europejskim rynkiem derywatów, aby okiełznać gwałtowne huśtawki cen ropy, zbóż i innych surowców. Francja będzie gospodarzem następnego spotkania G20 i chce być brokerem wspólnego stanowiska Unii w tej kwestii. Ale zgody brakuje nie tylko w relacjach rządów z bankami. FAO, agenda ONZ do spraw Żywności i Rolnictwa, uważa, że ograniczenie spekulacji może przynieść więcej szkody niż pożytku. Bank Światowy natomiast, że handel opcjami na surowce powoduje krótkotrwałe wahania cenowe. Rozmiary tego rynku są gigantyczne. Handel kontraktami na ropę jest 35 razy większy niż rzeczywisty handel tym surowcem. Zdaniem francuskiego ministerstwa finansów zakłady o przyszłe ceny szkodzą zarówno producentom, jak i konsumentom. Można zatem oczekiwać więcej regulacji, co wciąż nie odpowiada na pytanie o ich skuteczność.
***
Półtora wieku temu, w biednej Alabamie Henry Lehman w zamian za sprzedawane towary zaczął przyjmować bawełnę. U początków interesu, który przerodził się w Lehman Brothers, było zatem coś, czego można było dotknąć i co każdy rozumiał. Do katastrofy i upadku firmy doszło wtedy, gdy wdała się w gigantyczną spekulację czymś, czego dotknąć ani powąchać się nie da i co niełatwo pojąć.