O Gosi i Łukaszu pisaliśmy dwa lata temu. Oboje po trzydziestce, z wyższym wykształceniem, pracują w prywatnych firmach na Śląsku. On nadal zajmuje się PR-em, ona pracuje w tym samym biurze architektonicznym. Kryzys dopadł ich, kiedy budowali dom. Na kredyt oczywiście, bo jak inaczej?
Optymizmu wystarczyło do momentu, kiedy przyszło zapłacić pierwszą ratę (na początku spłacali tylko odsetki). Bank co miesiąc zabierał im tysiąc złotych, prawie jedną czwartą ich dochodów. Okazało się, że utrzymanie domu też niemało kosztuje: prąd, ogrzewanie, wywóz śmieci, woda - wychodziło jakieś 500 zł miesięcznie. A jak się wali, to wszystko naraz, więc zepsuł się im samochód. Mechanik dobił ich słowami: w tym aucie nie ma już co naprawiać. Musieli pożyczyć na kupno używanego opla. Doszła kolejna rata do spłacenia. I nagle zorientowali się, że na wszystko brakuje im pieniędzy, że każdy miesiąc kończą na minusie, kolejną pożyczką z karty kredytowej. Zaczęli oszczędzać. Przestali jadać na mieście, chodzić do kina, zrezygnowali z wyjazdów na wczasy i na weekendy ze znajomymi. Gosia zaczęła robić zakupy w supermarkecie z kalkulatorem w ręku, żeby zaoszczędzić na jedzeniu.
Po dwóch latach sprawdziliśmy, co zmieniło się w życiu Gosi i Łukasza?
- Niewiele i wszystko zarazem - śmieją się.
Po pierwsze, potrafią patrzeć na kryzys z optymizmem. Nie stracili pracy, jak niektórzy ich znajomi, którzy prawie z dnia na dzień zostali na lodzie, bez środków do życia, ale oczywiście z kredytami do spłacenia. - Te upadające firmy, redukcje zatrudnienia to był koszmar. Znamy ludzi, których od dwóch lat straszy się zwolnieniami. Dopiero teraz widzimy, ile mieliśmy szczęścia, że nas to ominęło - mówi Łukasz.
Po drugie, nikt nie chce im wierzyć, kiedy mówią, że mają tylko 200 tys. zł kredytu hipotecznego. Dzisiaj to jakaś kropla w morzu, jeśli chce się postawić dom. Kredyt wzięli we frankach, bo łatwo go było wtedy dostać. Frank kosztował 2,5 zł, a teraz jest po 3,1 zł i rata kredytu wzrosła im o ponad 200 złotych. Ale i tak nie narzekają, bo, po pierwsze, mają pracę, po drugie, gdyby wzięli wtedy kredyt hipoteczny w złotówkach, to i tak płaciliby teraz dużo większą ratę.
Łukasz: - Ludzie biorą po 600 tys. i boją się, że i tak im na wszystko nie wystarczy. Wyobrażacie sobie 600 tys. kredytu?!!! Po nocach nie mógłbym spać, wiedząc, że mam taki dług. To nie na moje nerwy. A znajomi tyle właśnie wzięli i z tego, co wiem, to czasami raty nie dają im spać (śmiech).
Po trzecie, dalej muszą zaciskać pasa. I to mocno. Nie ma mowy o powrocie do dawnych przyzwyczajeń: wczasach, kolacjach w restauracjach czy weekendach w górach.
Gosia: - Kiedyś usłyszeliśmy, że jesteśmy strasznie modni z tym siedzeniem w domu, bo to latanie po klubach już nikogo nie bawi. Ludzie chcą spędzać czas z przyjaciółmi w domowym zaciszu, popijając wino na tarasie, a o świcie zbierać w lesie grzyby do jajecznicy. Wychodzi na to, że przez kryzys staliśmy się bardzo trendy.
Gosia nie chodzi na grzyby, za to czasem kusi ją, żeby zrobić szalone zakupy w ulubionych butikach, tak jak kiedyś. Albo pojechać z przyjaciółką do spa, wyskoczyć do kosmetyczki. - Aż się wierzyć nie chce, że kiedyś to były rzeczy, bez których nie mogłam się obejść. A jak mnie Łukasz ostatnio zaprosił na urodzinową kolację, to w drodze powrotnej do domu liczyłam, co mogliśmy kupić za ten rachunek. A wydaliśmy ponad sto złotych, więc chyba żaden majątek - opowiada Gosia.
Po czwarte, zaczęli odkładać na czarną godzinę. - Kryzys pokazał nam, że trzeba mieć oszczędności, bo bez nich może być ciężko. Ziarnko do ziarnka i zawsze coś się z tego uzbiera, więc zaczęliśmy odkładać, potem wpłacać na lokaty, a ostatnio na fundusze z ochroną kapitału. Majątku na tym nie zbijemy, ale przez te dwa lata uzbierała się już pewna sumka, która zaczyna dawać nam poczucie bezpieczeństwa - mówią.
Po piąte, Gosia i Łukasz nie posłuchali znajomych, którzy mówili, że kryzys to zły czas na dziecko, bo to do reszty ich zrujnuje. Pół roku temu urodziła im się córka.
Łukasz: - I z jednej strony wszystko przestało być ważne, bo liczy się tylko Lena, a z drugiej człowiek jeszcze bardziej martwi się, co będzie, kiedy taki kryzys jednak nas dopadnie.