- Szkoły wyższe nie odpowiadają na nasze potrzeby - rozkłada ręce Jeremi Mordasewicz z PKPP Lewiatan, organizacji zrzeszającej pracodawców.
Typowy absolwent polskiej uczelni? Kiepsko wykształcony humanista. Z danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że w roku akademickim 2008/09 aż 12 proc. studentów wybrało... kierunki pedagogiczne, wiedząc z góry o tym, że większość nie znajdzie pracy w swoim zawodzie. Część z nich, aby zdobyć konkretne umiejętności, będzie musiała się dokształcać po studiach w szkołach policealnych!
Jak rozmijają się potrzeby gospodarki i możliwości edukacji, dobrze pokazuje przykład nowo zakładanych firm. Jak wynika z badań PBS DGA, połowa badanych otwiera firmy o innym profilu, niż sugerowałby to ukończony fakultet.
Na liście najlepszych uczelni świata, tzw. Academic Ranking of World Universities, mamy dwa uniwersytety - Jagielloński i Warszawski. Belgowie mają tam siedem uczelni. Amerykanie... 152.
Słaba jest też nasza kadra naukowa. Liczba rodzimych publikacji naukowych na tzw. liście filadelfijskiej - skupiającej najbardziej wartościowe periodyki - spada. Liczba zgłaszanych patentów? Też spada. Na przykład w 2007 roku zgłosiliśmy do World Intelectual Property Organisation 102 patenty. Dla porównania, w tym samym roku mające 10 mln mniej mieszkańców
Węgry zgłosiły 160 patentów, a Szwedzi 3533. W latach 2003-07 liczba polskich patentów spadła o 33,8 proc., przy 40,4-proc. wzroście na Węgrzech!
Polskie uczelnie nastawione są na ilość, a nie na jakość. Studentów, owszem, mamy w kraju prawie 2 mln - to dane z Diagnozy Stanu Szkolnictwa Wyższego w Polsce IBnGR i Ernst & Young. To absolutna europejska czołówka. Sami
pracownicy naukowi przyznają jednak, że przynajmniej jedna czwarta tych dyplomów jest zwyczajnie sprzedawana - bez ćwiczeń, zaliczeń itp. Studentów zaocznych i wieczorowych mamy w kraju aż milion. Na niektórych kierunkach na jednego doktora habilitowanego przypada nawet 600 studentów. Sami pracownicy naukowi pracują niczym pielgrzymi. Uczelnie prywatne swoją ofertę budują przede wszystkim na
pracownikach naukowych z publicznych uczelni. Aż 66 proc. profesorów jest zatrudnionych w wielu miejscach, dotyczy to zwłaszcza kierunków pedagogicznych, społecznych, ekonomicznych oraz prawnych. Efekt? Pracownik naukowy zajęty jest głównie przenoszeniem się z jednej szkoły do drugiej. Uczelnie publiczne zatrudniają 84 tys. osób na etacie, niepubliczne 18 tys. ale tylko dla ok. 900 osób uczelnia prywatna jest pierwszym miejscem pracy!
Co trzeba zmienić?
- Wszystko - odpowiada prof. Andrzej Jajszczyk z Akademii Górniczo-Hutniczej w
Krakowie, jeden z najwybitniejszych polskich naukowców. Na całym świecie, aby wyższe szkoły mogły się rozwijać, nawiązują kontakty z firmami, tworzą wspólne projekty, bo nie mają innego wyjścia - opowiada.
A w Polsce?
- Polskie uczelnie mogą spokojnie funkcjonować bez współpracy z biznesem. A jak nie muszą, to nie współpracują. Wolą na wszystko narzekać - że brakuje im pieniędzy, że w ogóle jest kiepsko. Ale zmieniać same się nie chcą, nie chcą między sobą konkurować. Bo i po co? Studentów i tak mają, zawsze jakąś dotację od państwa dostaną. I tak trwają - twierdzi Jajszczyk.
A pracodawcy postulują, aby w ogóle zmienić zasady finansowania szkolnictwa wyższego. Postawić na większe dofinansowanie na kierunkach ścisłych i technicznych kosztem tych, na które nie ma zapotrzebowania. Ich zdaniem np. nie potrzebujemy tylu nauczycieli, skoro idzie niż demograficzny.
Nasze szkoły powinny też kształcić w całkiem nowych zawodach niż do tej pory, np. technika energetyka. A my nadal kształcimy mechanika albo elektryka.
- Uczelnie muszą też dostosować swoją ofertę dla osób po pięćdziesiątce, bo one będą zmuszone podnosić kwalifikacje. A osoby starsze uczy się inaczej niż dwudziestolatków - twierdzi Mordasewicz. Co na to wszystko rząd? Jak twierdzi - dostrzega problem. We wtorek przyjął projekt nowelizacji reformującej szkolnictwo wyższe w Polsce.
Prof. Witold Jurek, wiceminister nauki i szkolnictwa wyższego: - Chcemy "uwolnić" programy studiów. Dziś mamy sztywną listę 118 kierunków studiów, po zmianie uczelnie same będą mogły je tworzyć w zależności od potrzeb
rynku pracy i samych studentów. Będzie można tworzyć kierunki, które są poszukiwane przez biznes. To stwarza możliwości kształcenia na zamówienie pracodawców.
Rząd chciałby aby zajęcia w szkołach mogli prowadzić tzw. doświadczeni praktycy z biznesu, instytucji gospodarczych itp.
Wprowadzono by też obowiązek monitorowania losów absolwentów przez uczelnie. - Musimy wiedzieć, gdzie młodzi ludzie znajdują pracę po studiach, jakie uzyskują stanowiska i płace. Dzięki tej wiedzy będziemy mogli poprawiać i unowocześniać programy studiów - twierdzi Jurek.