- Zastanawiam się czy Santander trochę nie przesadził i czy będzie miał wystarczająco dużo dobrych ludzi, którzy będą w stanie zarządzać nowymi aktywami - mówi w rozmowie z Bloombergiem Tom Kirchmaier z London School of Economics. Przypomnijmy - w ubiegły piątek ogłoszono, że Santander wygrał wyścig z PKO BP o czołowy polski bank, przejmując 70 proc. jego akcji za 3,7 mld dol. Hiszpański bankowy gigant przejął nie tylko BZ WBK. To tylko największa transakcja, bo w ciągu ostatnich trzech miesięcy Hiszpanie przejęli znaczną część meksykańskiego biznesu od
Bank of America za 2,5 mld dol., za 2,6 mld dol. kupili w Wielkiej Brytanii 318 bankowych placówek od
Royal Bank of Scotland, a za 720 mln dol. - zlokalizowane w Niemczech oddziały szwedzkiego banku SEB. A to nie koniec zakupów, gdyż Santander przymierza się do kupna reszty akcji BZ WBK.
- Najważniejsze pytanie brzmi: czy będą w stanie utrzymać w ryzach ryzykowne transakcje. Im większy bank, tym łatwiej o uchybienia i nietrafione transakcje, tym łatwiej coś może pójść nie tak w wielkim imperium - mówi John Raymond, analityk z londyńskiej firmy CreditSights.
I choć czołowi bankierzy z Santandera, jak Angel Santodomingo (dyrektor Santander ds. relacji inwestorskich), zapewniają, że pod względem siły ludzkiej i logistyki są przygotowani do integracji swojego biznesu na nowych rynkach, część analityków wciąż jest sceptyczna. Jeszcze w czerwcu Juan Inciarte, szef strategii Santandera, przyznał, że dalsza ekspansja w wielu miejscach świata może być kłopotliwa dla Santandera z powodu trudności znalezienia
kadry zarządzającej na lokalnych rynkach. Po zakupie BZ WBK Hiszpanie mają dominującą pozycję na dziewięciu rynkach - oprócz Polski i Hiszpanii m.in. w Brazylii, Meksyku, Wielkiej Brytanii i
USA.
Im większy bank, tym większe niebezpieczeństwo, że w sytuacji kryzysu wpadnie w większe kłopoty. Bloomberg przypomina przykłady Citigroup i RBS, które musiały uciekać się do pomocy ze strony państwa, aby uniknąć bankructwa.