Krzykliwy wystrój zgorzeleckiego biura Citroneksu nie pozostawia złudzeń, dzięki czemu Artur Toronowski dorobił się 41. pozycji wśród najbogatszych Polaków w rankingu "Wprost" z majątkiem szacowanym na 500 mln zł. Z żółtej kanapy w poczekalni przytłacza widok ogromnego malowidła przedstawiającego palmę bananowca. Sztuczne palmy stoją w kącie, a w poręcze schodów w drodze na pierwsze piętro do biura prezesa wplecione są rzeźby bananów. W środku: świeczka w kształcie banana. Żółte jest tutaj wszystko: od mebli i żaluzji aż po worki na śmieci. Za biurkiem siedzi prezes, a za nim namalowana na ścianie mapa świata: z Ameryki Środkowej statek płynie do Antwerpii i Gdańska. Stamtąd ciężarówkami banany jadą do centrali firmy w Zgorzelcu.
Dzisiaj sześć na dziesięć bananów kupowanych w Polsce pochodzi z dojrzewalni w tym przygranicznym mieście. Banany Citroneksu sprzedawane są do Tesco, Carrefoura, Plusa, Biedronki, Polomarketu. Przychód firmy Toronowskiego to 600 mln zł rocznie, z czego zysk to ok. 40 mln zł. 60 proc. pochodzi ze sprzedaży bananów. Pozostała część to dochód ze stacji benzynowych, myjni dla tirów i moteli.
O 50-letnim prezesie Citroneksu można powiedzieć wszystko poza jednym - że jest nudny i nie budzi żadnych emocji. Przeciwnicy zarzucają mu arogancję i skłonność do rażących błyskotek. Wypominana jest mu historia sprzed roku, która przewinęła się przez ogólnopolskie media. Toronowski zaparkował swoje ferrari 360 moreno na miejscu dla niepełnosprawnych pod urzędem miejskim w Zgorzelcu. Rzecznik prasowy miasta stwierdził wówczas, że prezesowi Citroneksu nie należy się mandat, bo "przyjechał do urzędu jako sponsor".
Inna historia ma również świadczyć o arogancji prezesa Citroneksu. Cztery lata temu Toronowski wziął od miasta w dzierżawę wieczystą grunt w centrum miasta, na którym zamierzał budować galerię handlową. Z terenu nie chcieli się wyprowadzić dzierżawcy małego sklepu motoryzacyjnego. Toronowski nakazał rozbiórkę pawilonu, mimo że w środku była 70-letnia kobieta, która go wcześniej wynajmowała.
Toronowski ferrari już nie jeździ. Przesiadł się do mercedesa GL wartego 1,5 mln zł. Tyle samo kosztował go jacht, który jest jego pasją, podobnie jak szybkie motory. Z rzucającej się w oczy biżuterii prezes Citroneksu pozostawił jedynie złoty łańcuch na szyi, bransoleta poszła w kąt.
Jego zwolennicy chwalą go za przedsiębiorczość. Za to, że w krótkim czasie zbudował firmę, która dała tysiąc miejsc pracy ludziom w całej okolicy. I za to, że pomaga powodzianom, sponsoruje kluby sportowe i różne inicjatywy miasta.
Od taksówkarza do sklepikarza
Ale zanim do tego doszło, Toronowski był zwykłym taksówkarzem w przygranicznym mieście. W 1978 r. miał 18 lat i fiata 125 na postoju taxi. Dzięki zyskom z taksówki w połowie lat 80. Toronowski miał już trzy lodziarnie i jeden sklep spożywczy. Kilka lat później wyjechał do Berlina Zachodniego. Stamtąd wysyłał pomarańcze i banany do swoich sklepów, które od 1988 roku działają pod marką Citronex. - Szybko zauważyłem, że znacznie lepiej sprzedają się banany, dlatego postanowiłem całkowicie poświęcić się ich importowi - mówi .
Toronowski postanowił znaleźć dojście do pośredników w Antwerpii - największym europejskim porcie, do którego docierały statki z bananami z Ameryki Środkowej. Ryzykował. Inflacja w Polsce szalała, cło było zaporowe, a transport szedł długo. Toronowski nigdy nie mógł być pewien, jaką cenę dostanie za banany w kraju.
Ryzyko się jednak opłaciło. W 1993 roku poznał w Antwerpii Juliaana Goelansa, Belga, właściciela firmy importującej banany. Ten uczył Polaka, na czym polega bananowy biznes. Wyjaśnił mu, że transport statkiem płynie co najmniej dwa tygodnie; że banany schłodzone w 14 st. C nie dojrzewają i się nie psują. Że musi w chłodniach dowieźć je do Polski, a tam założyć dojrzewalnie; że banan ma siedem różnych stopni dojrzałości - od surowego, zielonego aż po słodkiego, żółtego z czarnymi plamami; i że duzi odbiorcy mają różne wymagania dotyczące dojrzałości banana. Bo w jednym sklepie może on poleżeć cztery dni i dojrzewać, a w innym schodzi w ciągu jednego dnia i "na wejściu" musi już mieć odpowiednią barwę.
Citronex wypływa na wielkie wody i opiera się gigantom
Po 1997 r. Goelans sprzedał Toronowskiemu swoje udziały i przekazał mu kontakty do producentów w Ekwadorze. Zaczęły się kłopoty, bo ciężarówki wyładowane bananami stały po kilka dni na granicy niemiecko-polskiej, kilka kilometrów od magazynu, i zaczynały się psuć. Toronowski postanowił nie ryzykować utraty milionów euro. Na kolejowym przejściu granicznym w Węglińcu zbudował rampę przeładunkową i od Deutsche Bahn wydzierżawił lokomotywę. Tydzień w tydzień z rampy wyładowywanych było 50 tys. kartonów z bananami.
W 2004 roku Cironex był ostatnim przedsiębiorstwem w tej branży, które miało 100 proc. polskiego kapitału. Pozostałe albo już zbankrutowały, albo zostały wchłonięte przez amerykańską Chiquitę.
- Przetrwaliśmy, bo przez te wszystkie lata konsekwentnie opieraliśmy się współpracy z amerykańskimi koncernami. Inni polscy importerzy podpisywali kontrakty, które pozornie były lukratywne. Proponowano im stosunkowo wysokie stawki za kupno bananów, ale zastrzegając wyłączność na ich odbiór. A później okazywało się, że zamówienia są znacznie niższe niż możliwości polskich importerów, i firmy bankrutowały - opowiada Toronowski.
Przełomem dla firmy było wejście Polski do Unii Europejskiej. Gdy Bruksela zaczęła rozdzielać licencje na sprowadzanie bananów z Ameryki Łacińskiej, duże kontyngenty miał zagwarantowane Citronex, który owoce od lat zamawiał bezpośrednio u producentów. Od 2006 roku obroty firmy zaczęły szybko rosnąć. A gdy Polska znaalazła się już w strefie Schengen, Citronex zamknął stację w Węglińcu i zaczął transportować banany tylko tirami, których liczba wzrosła w ciągu ostatnich czterech lat z 60 do 250.
W głowie prezesa Citroneksu zrodził się kolejny pomysł - po co tankować flotę na obcych stacjach benzynowych, skoro można to robić na własnych? Toronowski rozpoczął budowę wielkich stacji benzynowych, na których mogło tankować dziesięć tirów jednocześnie. Wraz z nimi powstały restauracje i hale z myjniami dla tirów. - W Niemczech brudne ciężarówki są karane mandatami. Poza tym to jest jak z żoną - zadbana sprawia dobre wrażenie. Czysty samochód nie budzi podejrzeń wśród policjantów, dlatego ten interes dobrze się kręci - wyjaśnia Toronowski.
Dzisiaj Citronex ma już pięć takich myjni. Wszystkie na zachodniej ścianie Polski - przy autostradach A2 i A4. Największa w Stoku, przy budowanej właśnie autostradzie A2, ok. 50 km od przejścia granicznego w Świecku. Na stacji Statoil, w markecie Carrefour, restauracji i myjni pracuje na jednej zmianie 150 osób. Wkrótce Citronex zainwestuje w kolejne dwa MOP-y - miejsca obsługi podróżnego - przy autostradzie A4, gdzie znajdą się też dwa hotele.
Prezesa marzenia o pomidorach
Prezes Citroneksu opowiada, że receptą na sukces jest dziesięć lat konsekwentnego budowania pozycji firmy i kolejne dziesięć na utrzymanie jej marki. - To prawda, miałem dużo szczęścia, ale codziennie pracowałem po 16 godzin na dobę. Teraz pora zwolnić. Do tej pory życie uciekało mi przez palce, staram się to nadrobić. Będę pracować w miesiącu już tylko przez dwa tygodnie, drugie dwa będę pływać na jachcie. Chcę jeszcze długo żyć, więc kolejne dziesięć lat spędzę na sporcie i wizytach u lekarzy. Czego się w życiu nie dotknąłem, zamieniało się w złoto. Nie żałuję niczego.
Import i sprzedaż bananów przejął niedawno jego syn Rafał, spedycję - drugi syn Robert. Toronowski mówi o sobie, że jest "dyrektorem kreatywnym" odpowiedzialnym za rozwój firmy. - Bo to jest jak narkotyk, trudno całkowicie zrezygnować z pracy.
O swoim najnowszym pomyśle biznesowym opowiada z wypiekami na twarzy. W ciągu czterech lat na 96 hektarach postawi wielką szklarnię pomidorów. Pomidor będzie dojrzewał dzięki dwutlenkowi węgla emitowanemu z pobliskiej elektrowni Turów i zamieniał go w tlen. Elektrownia zyska na tym, bo nie będzie musiała płacić za nadwyżki emitowanego gazu. Taką technologią posługują się już Amerykanie, którzy sprzedali Toronowskiemu licencję. Cała inwestycja ma kosztować 200 mln euro. Zatrudnienie znajdzie przy niej tysiąc osób. Z jednego metra kw. będzie można zebrać 100 kg pomidorów rocznie. Nakłady mają zwrócić się już po roku.
Jak mieć pożytek z osiołka
Toronowski twierdzi, że na przeszkodzie do pomidorowego biznesu stoi burmistrz Bogatyni, który zwleka ze sprzedażą gruntów Citroneksowi. Według niego żąda za 100 hektarów gruntu znacznie więcej, niż jest on wart. - On jest z PiS i uprawia jakieś głupie politykierstwo, blokując całą inwestycję - denerwuje się prezes Citroneksu.
Andrzej Grzmielewicz, burmistrz Bogatyni, tłumaczy, że taką wycenę zlecił biegły rzeczoznawca. - Ogłosiliśmy przetarg, Citronex może do niego stanąć jak każda inna firma. Nie możemy obniżać wartości gruntów tylko dlatego, że jeden człowiek tak sobie życzy. Zależy mi na tej inwestycji, ale jestem ostatni, żeby przed nim klękać. Na kolanach to ja mogę klękać w kościele!
- Jak to jest z tą arogancją? Mówią, że jest pan bezwzględny w interesach, nawet gdy chodzi o dawnych znajomych.
Prezes Citroneksu zaczyna bez słowa rysować na kartce osła. - Ten osiołek jest jak ci kumple, którzy przychodzą do mnie po pożyczkę. Więc ja im jej udzielam, ale pod jednym warunkiem: nie spisujemy żadnej umowy. No, bo jak to będzie później wyglądało? Przecież nie będzie pan swojego kumpla ciągał po sądach. Mówię im: pieniądze będą, ale w zastaw potrzebuję aktu notarialnego, np. jakiejś twojej nieruchomości. I w ten sposób temu osiołkowi nie wiążę wszystkich czterech nóg umową, tylko dwie tylne. On na tych przednich za mną kica i albo się wywiąże ze swojej pożyczki, albo traci akt notarialny. To o wiele lepsze niż ciąganie po sądach, nie pozostawia niesmaku.
- I naprawdę nie stracił pan w ten sposób przyjaciół?
Prezes zastanawia się krótką chwilę. - Nie. Nigdy.