Biznes Ludzie Pieniądze

Ktoś chyba oszukał premiera z tą Energą

Rozmawiał Witold Gadomski
20.09.2010 , aktualizacja: 20.09.2010 20:59
A A A Drukuj
Przejęcie Energi przez PGE zablokuje to proces urynkowienia energii. A każde ograniczenie rynku to mniejsza konkurencja i wyższe ceny dla odbiorców energii elektrycznej - mówi prof. Władysław Mielczarski*
Ministrowie skarbu Aleksander Grad (z lewej) i gospodarki Waldemar Pawlak podczas parafowania umowy przejęcia Energi przez PGE
Ministrowie skarbu Aleksander Grad (z lewej) i gospodarki Waldemar Pawlak podczas parafowania umowy przejęcia Energi przez PGE


Witold Gadomski: Czy energetykę trzeba prywatyzować?

Władysław Mielczarski: Oczywiście. Przez wiele lat nikt nią nie zarządzał, bo była państwowa. Jeden z menedżerów powiedział kiedyś, że spółki skarbu państwa to jest mienie porzucone przez skarb państwa. To pewnie za mocne powiedzenie, ale jest faktem, że państwowe przedsiębiorstwa mają inne cele niż prywatne. Prywatny właściciel chce wycisnąć z firmy jak najwięcej pieniędzy. Znajduje menedżera, który dla niego to robi. A w firmach państwowych menedżerowie mają inne cele - przetrwać jak najdłużej, zarobić jak najwięcej mimo obowiązywania ustawy kominowej. Ponieważ państwowe spółki nadzoruje minister skarbu z aktualnego rządu, menedżerowie muszą tak działać, by nie narazić się politykom. Trudno im odmawiać, gdy polityk prosi o zatrudnienie takiej czy innej osoby lub zlecenie takiej czy innej firmie prac.

Co ciekawe, ci sami menedżerowie, gdy znajdują się w spółce prywatnej, doskonale sobie radzą. Prezesem Vattenfalla w Polsce był Jacek Dreżewski, który świetnie sobie radził. A gdy był menedżerem w firmach państwowych, wielkich osiągnięć nie miał. Teraz szefem Vattenfalla jest pan Jacek Piekacz. Zagraniczne firmy doceniają polskich menedżerów. Jednak w państwowych firmach nie mogą oni pokazać, że potrafią zarządzać.

Jak pan ocenia prywatyzację polskiej energetyki?

- Jest robiona niedobrze i zbyt późno. Prywatyzacja robiona przez obecny rząd nie służy żadnym celom oprócz budżetu. Budżetu zresztą też nie uratuje, gdyż budżet ma problemy strukturalne.

Pan był jednym z twórców programu sektora energetyki, który przed pięciu laty stworzył cztery wielkie przedsiębiorstwa energetyczne. Uważa pan, że ten program się sprawdził?

- Trzeba pamiętać, jaka była wówczas sytuacja polskiej energetyki. Była rozproszona i nie było pomysłu, co z nią robić dalej.

Można było prywatyzować pojedyncze elektrownie i zakłady energetyczne.

- I tak powoli robiono. Sprywatyzowano w Warszawie Stoen. Sprywatyzowano elektrownię Połaniec, której właścicielem został Electrabel. Pracownicy dostali ogromne odprawy za zgodę na odejście z pracy. Menedżerowie Electrabelu chwalili się później, że te odprawy to była ich najlepsza inwestycja. Tyle że zwolnieni pracownicy szybko wszystko wydali, a nowej pracy w pobliżu Połańca nie ma. Prywatyzując pojedyncze zakłady i elektrownie, uzyskalibyśmy jedną trzecią tego, co moglibyśmy zyskać, prywatyzując całą grupę. I to był jeden z głównych powodów, dla którego rozpoczęto konsolidację energetyki.

Jednak bez konsolidacji pionowej można byłoby znacznie szybciej stworzyć w Polsce rynek konkurujących podmiotów. O ile zostałyby one sprywatyzowane.

- Ten scenariusz był nierealny. W latach 90. elektrownie zawierały z Polskimi Sieciami Energetycznymi kontrakty długoterminowe (KDT), które były dla banków podstawą do udzielania kredytów na inwestycje. Dzięki KDT energetyka się zmodernizowała. Ale gdy Polska weszła do Unii Europejskiej, kontrakty długoterminowe były traktowane jako pomoc publiczna niedozwolona z punktu widzenia Komisji Europejskiej. Chodziło o ogromną sumę 10 mld zł - wielokrotnie większą, niż dostały stocznie. W listopadzie 2005 r. Komisja Europejska napisała do rządu polskiego, że wszczyna postępowanie w sprawie KDT i możliwe jest skierowanie sprawy do Trybunału Sprawiedliwości, który nałożyłby na Polskę karę. Zrobiliśmy analizę, czy można się prawnie obronić. Doszliśmy do wniosku, że raczej nie. Trzeba więc było rozwiązać KDT, ale to prowadziłoby do problemów z kredytami zaciągniętymi przez elektrownie. Banki mogłyby zażądać natychmiastowej spłaty, gdyż traciły gwarancję, jaką były kontrakty długoterminowe.

Pan był wówczas doradcą rządu Marcinkiewicza?

- Tak. W 1999 r. tworzyłem program rządowy dotyczący rynku energii, a gdy w 2005 roku powstał rząd Marcinkiewicza, byłem współtwórcą "Programu dla energetyki", w ramach którego powstały cztery spółki: PGE, Enea, Energa i Tauron. Konsolidacja miała uczynić spółki silniejszymi, by miały zdolność do inwestowania bez KDT, a kolejnym krokiem miała być prywatyzacja, głównie poprzez giełdę, ale jej celem miały być konkretne projekty. Komisja Europejska zgodziła się na nasz plan i ściśle z nami współpracowała. To było ważne, gdyż Komisja generalnie nie lubi konsolidacji. Problem 10 mld zł pomocy publicznej został rozwiązany bezboleśnie, zupełnie inaczej niż w stoczniach. Do mnie należało zrobienie układanki - zaprojektowanie takich grup, które będą wystarczająco mocne, a jednocześnie będą stworzone warunki do konkurencji. Część energetyki była już sprywatyzowana, co utrudniało moje zadanie. Zespół, z którym pracowałem, doszedł do wniosku, że muszą powstać co najmniej cztery firmy, by była szansa na stworzenie rynku. W tej sprawie bardzo ściśle współpracowaliśmy z Urzędem ds. Rynku i Ochrony Konkurencji.

Programy rządowe pisze się szybko. Wystarczą dwa tygodnie. Nam zajęło to miesiąc, bo robiliśmy dodatkowe symulacje. Poszliśmy z nim na posiedzenie Komitetu Stałego Rady Ministrów, który prowadził pan Zbigniew Derdziuk. Przez sześć tygodni jeździłem na te posiedzenia Komitetu, a Derdziuk mnie wyganiał, gdyż żądał, by były tylko trzy grupy energetyczne. Ktoś wówczas premiera Marcinkiewicza przekonał, że Energa musi być włączona do PGE. Moim sprzymierzeńcem był minister gospodarki Woźniak, a prawdopodobnie także Zyta Gilowska. I ostatecznie Marcinkiewicz ustąpił i zgodził się na cztery grupy.

Energa jest spółką znacznie mniejszą niż pozostałe.

- To prawda. Sam miałem wątpliwości, czy da sobie radę. Ale okazało się, że bardzo dobrze się odnalazła na kilku obszarach: w energetyce odnawialnej, rozproszonej; inwestują w sieci inteligentne. W regionie północnym Energa ma ogromne znaczenie dla całej gospodarki.

Wszystko wskazuje na to, że Energa zostanie przejęta przez Polską Grupę Energetyczną. To dobre rozwiązanie?

- Fatalne. Po pierwsze, zablokuje to proces urynkowienia energii. Obecnie około 41 proc. energii wytwarzanej w Polsce jest sprzedawane na rynku poza skonsolidowanymi grupami. Po połączeniu tych dwóch firm obszar działania rynku zmniejszy się do poziomu poniżej 30 proc. Każde ograniczenie w działaniu rynku to mniejsza konkurencja i wyższe ceny dla odbiorców energii elektrycznej.

PGE jest właścicielem wielkich elektrowni opartych na węglu kamiennym i brunatnym. Na PGE przypada 41 proc. wytwarzanej w Polsce energii, a jej odbiorcy zużywają około 29 proc. Energa wytwarza tylko 2 proc. energii krajowej, a za to jej odbiorcy stanowią 15 proc. wszystkich. Musi więc kupować prąd spoza swojej grupy, co przyczynia się do rozwoju rynku. O obszar rynku zajmowany przez odbiorców Energi mogą ubiegać się wszystkie firmy energetyczne, konkurując ze sobą. To zachęca do nowych inwestycji.

Podziel się

  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    26 głosów