W wystąpieniu przed rumuńskim parlamentem prezydent Basescu uprzedził posłów mówiąc, że kraj będzie potrzebował kolejnej pożyczki.
Już raz
Rumunia musiała się ratować kredytami od międzynarodowych organizacji. W 2009 r., kiedy gospodarka kurczyła się w szaleńczym tempie 7 proc., Rumunia podpisała z Unią Europejską,
MFW i Bankiem Światowym umowę kredytową opiewającą na 20 mld euro.
Część pieniędzy została przeznaczona na uregulowanie bieżących zobowiązań państwa, m.in. na wypłatę pensji i emerytur. Ta umowa wygasa w przyszłym roku.
Kolejnych 5,7 mld euro, które chce pożyczyć Rumunia, pójdzie na łatanie
deficytu budżetowego, który wyniesie w tym roku 6,8 proc. Żeby nie pożyczać pieniędzy w nieskończoność i uchronić kraj przed wizją bankructwa, rumuński rząd wprowadził ostre cięcia wydatków:
pensje w sektorze publicznym zmniejszyły się o jedną czwartą, wzrósł podatek VAT, ograniczono zatrudnienie w budżetówce.
Nic dziwnego, że takie decyzje nie podobają się rumuńskiemu społeczeństwu. W środę przez stolicę Rumunii Bukareszt przetoczyła się wielotysięczna fala demonstracji na znak sprzeciwu przeciwko planowanym cięciom.
Wcześniej pieniądze od MFW uratowały od bankructwa inny europejski kraj -
Węgry. 25 mld dol. miało być wypłacane w ratach, stopniowo po wprowadzaniu przez Węgry kolejnych reform. Tymczasem w wakacje nowy centroprawicowy rząd Viktora Orbána nie zgodził się na dalsze zaciskanie pasa i rozmowy z MFW na temat dalszych wypłat i nowej umowy zostały zerwane. Rozmowy mają zostać wznowione w październiku, prawdopodobnie już po wyborach samorządowych.