Jak wiadomo, surowce mogą stać się bronią lub narzędziem szantażu w gospodarczo-politycznych przepychankach. Żeby tak się stało, wystarczy przekonać świat, że może mu czegoś zabraknąć. Widmo wyczerpania surowców energetycznych regularnie nawiedza łamy prasy. Nieco rzadziej trafiają tam pierwiastki z grupy tzw. metali ziem rzadkich. Tymczasem stały się one tym samym dla nowoczesnych zielonych technologii, czym dla kucharza jest sól, pieprz i inne
przyprawy. A ich podaż trzymają w żelaznym uścisku
Chiny, skąd pochodzi 97 proc. dostaw.
W ubiegły czwartek japońscy importerzy poinformowali, że spotkali się z embargiem na dostawy tych metali z Chin w związku z aresztowaniem kapitana japońskiej floty połowowej, który zapuścił się na chińskie wody. Chińczycy energicznie temu zaprzeczyli, twierdząc, że te sprawy nie mają ze sobą związku. Eksport do Japonii został jednak zawieszony na razie do końca roku. Czy powody były polityczne, trudno będzie udowodnić.
W ciągu ostatniego roku Pekin ograniczył
eksport tych pierwiastków z 50 tys. do 30 tys. ton ze względu na wzrost popytu wewnętrznego i ochronę środowiska. W drugiej połowie 2010 r. na światowe rynki ma trafić jedynie 8 tys. ton chińskich metali ziem rzadkich.
Tymczasem globalny popyt na nie sięga dziś 134 tys. ton. Już teraz świat musi więc korzystać z rezerw strategicznych. Według prognoz do 2012 roku światowa gospodarka będzie potrzebowała 180 tys. ton metali ziem rzadkich rocznie, co może doprowadzić do szybkiego wyczerpania zapasów.
Pierwiastki te mają kluczowe znaczenie w produkcji różnych wyrafinowanych urządzeń. Bez nich nie mogłyby powstać nowoczesne monitory, komórki, świetlówki energooszczędne, auta o napędzie elektrycznym, katalizatory samochodowe czy turbiny wiatrowe. W toyocie prius na przykład znajduje się kilkanaście kilogramów lantanu.
Chiny chcą zmusić świat, by zamiast kupować od nich surowce, sprowadzał gotowe wyroby. Trwa więc wyścig, by zapewnić światu alternatywne źródła dostaw metali ziem rzadkich. Firmy wydobywcze chcą otworzyć kopalnie w Kanadzie, Afryce Południowej i Australii, lecz zanim którakolwiek z nich osiągnie wysoki poziom produkcji, upłynie kilka lat. Amerykański Departament Obrony ma jeszcze we wrześniu przedstawić raport na temat uzależnienia od zewnętrznych dostaw tych pierwiastków.
Chińskie dostawy są problematyczne z innego jeszcze powodu. Jak pisze "New York Times", połowa tamtejszych kopalń cięższych metali ziem rzadkich działa nielegalnie i należy do przestępczych gangów. Wydobycie rud tych metali wiąże się z użyciem kwasów, które trafiają do rzek i strumieni, niszcząc pola uprawne i dewastując środowisko. Dzikie kopalnie nie podlegają żadnym wymogom. Nie sposób dojść, skąd pochodzą kupowane od Chin dostawy, bo zarówno licencjonowane kopalnie, jak i szara strefa dostarczają rudy tym samym producentom.
Jedyną dobrą stroną gwałtownie rosnących cen metali ziem rzadkich będzie być może to, że bardziej opłacalne stanie się odzyskiwanie ich z zużytych urządzeń. Być może dojdziemy z czasem do takiej samej sytuacji, jaką udało się osiągnąć w dziedzinie recyklingu ołowiu. Aż 85 proc. ołowiu zużywanego w Stanach Zjednoczonych pochodzi z odzysku. Dzięki temu nowoczesne zielone technologie, takie jak np. energetyka wiatrowa, mogłyby zerwać z uzależnieniem od gangów przestępczych dewastujących środowisko.